Wyszłam za mąż w wieku 19 lat i to największa głupota, jaką popełniłam w swoim życiu.
Ślub i wesele organizowaliśmy w pośpiechu, po tym jak okazało się, że jestem w ciąży. Wtedy ciąża przedmałżeńska była ogromnym wstydem, tym bardziej na wsi, na której mieszkamy, dlatego bardzo chcieliśmy ukryć przed innymi ten fakt. Zresztą, ciężko to wszystko nazwać takim typowym ślubem i weselem, ponieważ wszystko to wyglądało jak czysta formalność. Zero tańców, śpiewów, po kościele po prostu pojechaliśmy na obiad, który zjedliśmy w gronie naszych rodziców. Po obiedzie każdy wrócił do własnych zajęć i ot, to był ten cały, nasz „ważny” dzień.
Następnego dnia z mężem poszliśmy normalnie do pracy. Pięć miesięcy po tym wydarzeniu urodził się nam syn, a półtora roku później urodziła się nam córka, która obecnie ma 9 lat. Prowadzimy normalne, ale nudne życie.
Cały czas jednak wydaje mi się, że mój mąż mnie nie kocha, a nawet podejrzewam, że tak naprawdę nigdy mnie nie kochał. Pewnie już dawno by mnie zostawił, gdyby nie to, że mamy dzieci i czuje się w obowiązku dać dzieciom pełny dom. Słowo, które najlepiej określa nasz związek, to „przyzwyczajenie”. Jesteśmy ze sobą tylko dla dzieci i z przyzwyczajenia, bo zmiany przecież mogłyby być jeszcze gorsze.
Czasami wieczorami przed zaśnięciem zastanawiam się, jak mogłoby wyglądać moje życie, gdybym przypadkowo nie zaszła w ciążę i nie wyszła za mąż, bo „tak wypada”. Przez to nie ukończyłam studiów, nie zobaczyłam świata, bo mój jedyny, dalszy wyjazd który miałam to były krótkie wakacje nad Morzem Bałtyckim. Nie wybawiłam się, nie poznałam wielu ludzi. Mój mąż zresztą podobnie, w ten sposób także ucierpiał i niczego wielkiego w życiu nie przeżył.
Ostatnio zapytałam go, czy jest szczęśliwy, ale nie odpowiedział i po prostu zmienił temat. Myślę, że to przemilczenie jest najszczerszą odpowiedzią i męczy się w tym małżeństwie, tak jak ja.
