Małżeństwo dla pozoru

Małżeństwo na niby.

Mam z Maciejem małżeństwo na niby.
Tak wyszło, że Maciej potrzebował ślubu do awansu pracuje w renomowanej warszawskiej korporacji, którą od lat kieruje Stefan Bieliński, wielki zwolennik wartości rodzinnych, głowa ogromnej rodziny. Ojciec pięciu dorosłych córek, teść pięciu zięciów i dziadek dziewięciorga wnucząt. Niesamowicie dumny ze swojego klanu. Dla niego słowo kawaler to synonim obelgi, a nieżonaty pracownik jest kimś wręcz niewidzialnym, bez względu na swoje zalety czy kompetencje.

Gdy Maciej to odkrył, pojął, że bez oficjalnego małżeństwa może pomarzyć o stanowisku, do którego aspirował i które zdecydowanie mu się należało. Po przemyśleniu wszystkich za i przeciw zaproponował mi małżeństwo na papierze. Niczym nie ryzykował znamy się od przedszkola, nasze mamy od zawsze się przyjaźniły, a i dziś odwiedzają się regularnie. Całe podstawówki i liceum siedzieliśmy w jednej ławce! On pomagał mi z matematyką, a ja ratowałam mu wypracowania przecinkami. Zna mnie jak własną kieszeń, wie, że nie mam w sobie żadnej chciwości, nie planuję przejmować po rozwodzie ani jego mieszkania, ani oszczędności, ani czegokolwiek innego.

Z mojej strony zgodziłam się bez wahania. Byłam świeżo po bolesnym rozstaniu z chłopakiem po trzech latach związku i rozpaczliwie potrzebowałam nowego bodźca, żeby nie pogrążyć się w melancholii. No i chciałam przy okazji pokazać mojemu byłemu, że potrafię zacząć od nowa: wyszłam za mąż za interesującego, ambitnego faceta z niezłym samochodem i trzypokojowym mieszkaniem w Śródmieściu a ty gdzie jesteś, co sobą reprezentujesz? Przed koleżankami też mi zależało, żeby wypaść dobrze: jestem przecież w świetnej formie, życie idzie do przodu!

Nasze interesy i motywacje pięknie się zgrały. Z Maciejem bez rozgłosu zarejestrowaliśmy nasze małżeństwo na niby w urzędzie stanu cywilnego na Woli. Zero ekstrawagancji, nie było zgiełku, świadków, limuzyny czy białych gołębi, bez sukni ślubnej czy czarnego garnituru. Ot, w zwykły dzień zwolniliśmy się szybciej z pracy, skoczyliśmy do urzędu, złożyliśmy podpisy w księdze. Ale obrączki oczywiście sobie na palce nałożyliśmy.

Postanowiłam nawet na próbę zmienić nazwisko na Turchanowicz brzmi oryginalniej niż po prostu Danilowska.

Powiem szczerze: nasze oczekiwania wobec tego małżeństwa całkowicie się sprawdziły. Już po miesiącu Maciej został mianowany dyrektorem departamentu. Zasłużenie. Ja zaś zyskałam w oczach przyjaciółek i rodziny mój stan cywilny wyniósł mnie na niespotykane wyżyny. Najbardziej cieszyły mnie esemesy od byłego, w stylu: życzę szczęścia, choć miałem nadzieję, że jeszcze będziemy razem. A teraz żałuj, drogi nie doceniłeś, to zostań z pustymi rękami.

Pokładane w tym fikcyjnym związku nadzieje zostały spełnione na sto procent a nawet lepiej.

Przy okazji na jakiś czas wprowadziłam się do Macieja sam zaproponował, by wszystko wyglądało jak należy.

Sobotni poranek.
Przygotowuję w kuchni śniadanie: omlet, twarożkowe placuszki i kawę z mlekiem. Maciej zawsze najbardziej lubi syte śniadania w weekendy.
Za oknem piękny, kwietniowy dzień. Wiosna mój ukochany czas roku.
Dziś mnóstwo zajęć. Muszę odwiedzić rodziców, ogarnąć mieszkanie, zrobić pranie i na obiad przyrządzić coś sobotniego: schabowe, solankę, pizzę, sałatkę cezar. Myśli kręcą się wokół domowych spraw, jak to u każdej gospodyni.
Aż trudno uwierzyć z Maciejem mamy już trzynaście lat tego małżeństwa na niby. Nasza córka Weronika w tym roku idzie do pierwszej klasy. A synek Jaś kończy piątą. Same piątki! Zupełnie jak tata mądry, porządny człowiek.
Nie tak jak mój mąż ten fikcyjnyMaciej wchodzi do kuchni w domowym dresie i siada przy stole. Uśmiecha się do mnie tak, jakbyśmy rzeczywiście byli małżeństwem z prawdziwego zdarzenia. Weronika gramoli się na jego kolana, Jaś narzeka, że kawa za gorąca, a pies domaga się swojej porcji na podłodze.

Czasem, kiedy wieczorem leżę w łóżku, myślę, jak bardzo nasze małżeństwo na niby przestało być żartem. Przez lata, dzień po dniu, składaliśmy swoje lęki, sukcesy i porażki na wspólny stół. Udawanie zamieniło się w nawyk. Nawyki stały się czułością. Czułość niepostrzeżenie wrosła w życie.

Może więcej jest takich małżeństw na niby? Takich, co zaczęły od udawania dla świata, a skończyły na prawdziwych uczuciach nawet jeśli sami nie do końca umiemy to nazwać. Czasem miłość nie przychodzi nagle, z fajerwerkami. Czasem wkrada się cicho: w porannej kawie, w dziecięcym śmiechu, w odgłosach kuchni o świcie.

Zerkam na Macieja, jak klei samolocik z kartki dla Jasia. Patrzę na nasze dzieci. I nagle wiem na pewno nasze małżeństwo na niby jest prawdziwsze niż niejedno na papierze.

W końcu co decyduje o tym, czy coś jest na niby, a co na zawsze? Chyba tylko to, jak bardzo w to uwierzymy. Wychodzę na balkon z kubkiem gorącej kawy. Słońce grzeje twarz, Warszawa szemrze gdzieś za oknem, a ja po trzynastu latach udawania czuję, że naprawdę jestem w domu.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

sześć + siedem =

Małżeństwo dla pozoru