Doktor Klara Wysocka, ordynator oddziału neurologii

**Nie proszono mnie o zdanie, więc go nie dałam. Historia doktor Wysockiej z Bydgoszczy**

Nazywam się Marek Trzaska, mam czterdzieści jeden lat i od ośmiu prowadzę bloga o zdrowiu psychicznym, który czyta jakieś sto dwadzieścia tysięcy osób. Nie jestem lekarzem – jestem dziennikarzem naukowym po biologii, i to właśnie ta różnica w wykształceniu sprawiła, że pewnego wieczoru w październiku dostałem wiadomość, która na dobre zmieniła sposób, w jaki prowadzę swój profil.

Napisałem wtedy tekst o metodzie SAINT – nowej, przyspieszonej terapii neuromodulacyjnej stosowanej w ciężkich depresjach lekoopornych. Podkreśliłem, że to pierwszy przykład psychiatrii naprawdę spersonalizowanej: leczenie dobiera się nie według rozpoznania z klasyfikacji, tylko według indywidualnego obrazu aktywności mózgu konkretnego pacjenta. Dodałem też, że śmierć samobójczą jednego z twórców tej metody warto traktować jako sygnał ostrzegawczy, a nie ciekawostkę biograficzną.

Tekst rozszedł się po Facebooku – ponad trzysta udostępnień w niecały tydzień. I wtedy w komentarzach pod jednym z repostów ktoś zapytał wprost: a skąd pan to wie, panie Trzaska? Pan przecież nie jest neurobiologiem.

Miał rację. Nie jestem.

Napisałbym zwykłą odpowiedź i poszedł dalej, gdyby nie to, co przyszło dzień później. Prywatna wiadomość, bez podpisu pod prawdziwym nazwiskiem, tylko inicjały K.S. Kobieta pisała, że jej mąż zaczął terapię SAINT po moim tekście, bo lekarz w klinice nie miał czasu tłumaczyć wszystkiego od zera, więc dała mu do przeczytania mój artykuł. „Teraz się boję – pisała – bo w komentarzach ktoś napisał, że pan się nie zna, a ja przez pana wpis podjęłam decyzję za kogoś, kogo kocham."

Przez trzy dni nie odpisywałem. Nie dlatego, że nie miałem co napisać – dlatego, że bałem się, że mam coś na sumieniu.

Zadzwoniłem do jedynej osoby, która mogła mi powiedzieć wprost, czy zrobiłem coś złego. Doktor Klara Wysocka, ordynator oddziału neurologii w szpitalu wojewódzkim w Bydgoszczy, dała mi numer po tamtej konferencji w Poznaniu, bo powiedziała wtedy: „gdyby pan kiedyś potrzebował zweryfikować coś merytorycznie, niech pan dzwoni, zanim pan to opublikuje, a nie po". Zignorowałem tę radę raz. Teraz dzwoniłem po fakcie, z pytaniem, które ledwo przeszło mi przez gardło: czy to, co napisałem o SAINT, mogło komuś zaszkodzić.

Milczała chwilę, słychać było w tle pisk monitora i czyjeś kroki na korytarzu.

– Niech pan mi przeczyta ten akapit – powiedziała w końcu.

Czytałem jej przez telefon własny tekst, stojąc w kuchni przy Gdańskiej, podczas gdy żona liczyła w milczeniu kubki po kawie, które zostawiłem na blacie od rana.

– To jest napisane poprawnie – przerwała mi w połowie zdania. – Ale brakuje panu jednego zastrzeżenia: że to nie działa u wszystkich i że decyzję zawsze podejmuje lekarz prowadzący, nie artykuł w internecie. Pan tego nie napisał, bo pan zakładał, że to oczywiste. Dla pana jest oczywiste. Dla kogoś, kto szuka ratunku o trzeciej w nocy, nie jest.

Poprosiłem ją, żeby powiedziała mi wprost, czy mam skasować tekst.

– Nie – odpowiedziała. – Ma pan go poprawić i ma pan odpisać tej kobiecie. Osobiście, nie przez redakcyjną notkę na dole strony.

Napisałem do K.S. tego samego wieczoru. Dodałem do tekstu brakujący akapit, zaznaczony pogrubioną czcionką, o tym, że metoda nie jest uniwersalna i że każdą decyzję trzeba konsultować z prowadzącym psychiatrą, nie z blogiem. Odpisała dopiero po tygodniu. Napisała, że mąż jest w trakcie drugiej serii zabiegów, że lekarz w klinice na Śląsku powiedział, że rokowania są dobre, i że ona już się nie boi tak, jak się bała. Nie podziękowała mi za nic konkretnego. Po prostu przestała pisać.

Ten epizod nauczył mnie czegoś, czego nie chciałem się uczyć: że komentarz „skąd pan to wie" nie był atakiem na moje ego, tylko pytaniem, na które powinienem był mieć odpowiedź, zanim opublikowałem tekst, a nie po. Przez kolejne trzy tygodnie prawie nie spałem – po cztery godziny na dobę. Odłożyłem dwa zlecenia dla czasopisma popularnonaukowego i zacząłem cykl „Jak rośnie i jak umiera mózg. Ewolucja i inwolucja sieci neuronowych", w którym każdy wpis przechodził teraz przez ręce jednego z trzech konsultujących mnie lekarzy, zanim trafiał na stronę. Dziś ten cykl liczy sobie osiemdziesiąt kilka wpisów.

Wtedy też zamknąłem komentarze na twardo. Ustaliłem zasadę: piszesz wyłącznie o temacie wpisu, żadnych dygresji, żadnych „a u mnie w rodzinie było inaczej", żadnych linków do lokalnych, niesprawdzonych klinik. Kasowałem, banowałem, nie tłumaczyłem się – z jednym wyjątkiem: jeśli ktoś pisał prywatnie, że podejmuje na podstawie mojego tekstu realną decyzję zdrowotną, odpisywałem zawsze, nawet o północy.

Nie wszyscy czytelnicy mi to wybaczyli. Ktoś napisał długi, urażony komentarz: że jestem zarozumiały, że udaję eksperta, że nikt mnie nie prosił, żebym rządził dyskusją pod własnym tekstem. Odpowiedziałem krótko: nikt mnie też nie prosił o poradę dotyczącą tego, jak działa opieka zdrowotna w pana mieście. A dostaję ją regularnie, bez pytania, od ludzi, którzy nigdy nie widzieli wyniku rezonansu na oczy.

W marcu doktor Wysocka zadzwoniła z prośbą, żebym przeczytał jej materiały do wykładu dla studentów czwartego roku – nie po to, żebym oceniał je merytorycznie, tylko żeby sprawdzić, czy laik zrozumie język. To była pierwsza prośba o pomoc, jaką od niej dostałem, i pierwsza, na jaką miałem ochotę odpowiedzieć bez żadnych warunków.

Siedzieliśmy w bufecie szpitalnym przy plastikowych stolikach, piła rozpuszczalną kawę z automatu za złotówkę pięćdziesiąt.

– Wie pan, co się zmieniło od pana telefonu w listopadzie? – zapytała, mieszając kawę plastikowym patyczkiem. – Pacjenci przychodzą teraz z pana tekstami wydrukowanymi, z zaznaczonymi fragmentami, i pytają: „czy to dotyczy mnie". Nie mówią już „w internecie piszą, że". Pytają. To duża różnica przy osiemnastu łóżkach i dwudziestu minutach przerwy, które i tak zwykle przesypiam na stojąco w dyżurce.

Zapytałem ją, czy to znaczy, że w końcu zrobiłem to dobrze.

– To znaczy, że w listopadzie zrobił pan coś, czego większość ludzi z pana zawodu nie robi – powiedziała. – Zadzwonił pan i zapytał, czy się pan pomylił, zanim ktoś panu kazał to sprawdzić.

Wróciłem tego wieczoru do domu przy Gdańskiej i otworzyłem folder z korespondencją od K.S. Przeczytałem raz jeszcze jej ostatnią wiadomość, tę krótką, o drugiej serii zabiegów i o tym, że już się nie boi. Nie odpisałem nic nowego. Zapisałem tylko w notatniku, przy dacie tamtego telefonu do Bydgoszczy, jedno zdanie na przyszłość: zanim opublikujesz, zadzwoń.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

17 + 10 =

Doktor Klara Wysocka, ordynator oddziału neurologii