Kasia, co to ma być? Wyrzuciłaś mamy ogórki?
Wojtek, oczywiście, że tak westchnęła Kasia. Już dawno się popsuły Mięciutkie były. Tego się przecież nie da jeść
No ale nic się nie stało. Wyrzuciłabyś tylko te z góry, reszta jeszcze by się nadawała po opłukaniu. Przecież nic by nam nie było. Ja i mama nie takie rzeczy jadaliśmy, a żyjemy. Trochę postały, to zaraz trzeba wyrzucać Kasiu, produkty kosztują!
Wojciech z podniesioną głową i osądzającym wzrokiem przeszedł obok żony, mrucząc coś pod nosem.
Kasia westchnęła ciężko. Kiedyś wydawało jej się to urocze, takie nasze. Przypadkiem przypomniała sobie ich pierwsze randki…
…Po chodniku parkowym szedł uśmiechnięty, wysoki chłopak w białej koszuli. W rękach trzymał bukiet polnych kwiatów takich, jakie najbardziej lubiła Kasia.
Wojtek! zdziwiła się dziewczyna. Co ty, na łące byłeś? Sam zerwałeś?
Ano tak przytaknął chłopak. Te róże to przecież banał i drogo. Lepiej zaoszczędzimy i pójdziemy na karuzelę, co?
Kasia roześmiała się i ruszyła za nim…
Obecna Kasia potrząsnęła głową, wróciła do rzeczywistości. Usłyszała, jak Wojtek rzeczywiście myje ogórki. Nic już jej nie dziwiło. Kiedyś myślała, że nie chodzą do restauracji, bo Wojtek kocha spacery, a nie dlatego, że żal mu pieniędzy. Na diabelskim młynie też byli, bo najtańszy bilet w lunaparku, a nie przez troskę o jej samopoczucie. Żeby jej przypadkiem nie roztrzepało…
Ale teraz, po tylu latach, ślubie i dwójce dzieci, Kasia już rozumiała wszystko. Pozostawało jej godzić się z tym. Albo się zbuntować. Wybrała milczenie.
Kasia weszła do kuchni, by położyć obiad dzieciom i sobie z Wojtkiem. Kasza gryczana, kotlety, surówka wszystko prosto. Nadmiarów tu nigdy nie było.
Wojtek, co robisz? zapytała zmęczonym głosem.
Mąż stał nad talerzami dzieci i kroił kotlety na pół.
Mają pięć lat. Po połowie kotleta wystarczy powiedział śmiertelnie poważnie, odkładając połowę drugiego kotleta z powrotem na patelnię.
Zwariowałeś?
Dlaczego?
Tak, Wojtek!
Właśnie! Przecież jesteśmy tacy sami jak oni powiedział, krojąc już kotleta na talerzu żony. Wołowina droga, a za dużo mięsa niezdrowe. A następnym razem ugotuj na parze, bo na patelni przywiera i olej idzie, a ten teraz kosztuje majątek.
Dzieci nie lubią kotletów na parze.
Polubią. Zdrowsze zakończył zdecydowanie Wojtek i wyszedł. Kasia spojrzała na swoje i dzieci porcje i poczuła, że jej cierpliwość ma jednak granice…
W końcu tygodnia wróciła pani Teresa teściowa. W porównaniu z nią Wojtek był wręcz wzorem szczodrości.
Kasiu kochana, witaj! Przywiozłam dzieciom nowe rzeczy! Z babcią zawsze coś dostaniecie, nie wraca się bez prezentu!
Zmęczona Kasia, która dopiero co wróciła z pracy, westchnęła w duchu i poszła witać teściową.
Pani Teresa wręczyła jej reklamówkę.
Pani Tereso, to są rzeczy dla dziewczynki zerknęła do środka Kasia. My z Wojtkiem mamy chłopców.
Oj tam, co za różnica machnęła ręką teściowa, wyciągając różową koszulkę z Hello Kitty. No przecież Leszek lubi kotki. Dzieci małe, kolor bez znaczenia. Różowy, czerwony, niebieski…
Dobrze, pani Tereso, dziękuję odpowiedziała krótko Kasia. Potem z chłopcami wszystko obejrzymy.
Uśmiechnęła się grzecznie, położyła reklamówkę na bok. Wiedziała, że i tak ją potem wyrzuci. Ubrania dla dziewczynek, do tego zniszczone w takich nawet na działkę wstyd wyjść.
Wojtek, kiedy się wyprowadzimy? Nie mam już siły mieszkać z twoją mamą powiedziała cicho Kasia, zamykając drzwi.
Co za pytanie? Jak uzbieramy na mieszkanie.
Wojtek, weźmy kredyt, bo do emerytury nie uzbieramy.
Już o tym była mowa. Kredyt to niewola, przepłata straszna. Poza tym z mamą praktyczniej. Gotuje, sprząta, robi przetwory
Ty się słyszysz? krzyknęła Kasia, po czym ściszyła głos. Dzieci śpią z twoją mamą w jednym pokoju! Teraz mają pięć, a jak będą mieli więcej lat? Co będzie? Nie mamy nawet własnej chwili, własnych drzwi, a twoja mama nie pozwala zamków zakładać, bo to niepraktyczne.
Uspokój się, zgaś światło. Rachunek za prąd przyjdzie to się zdziwimy.
Kasia jęknęła głośno i wtuliła się twarzą w poduszkę. Już nie mogła.
Awantura wybuchła następnego dnia. Wojtek nie pozwolił dzieciom obejrzeć „Dobranocki”. Uznał, że to zbędny wydatek… To przelało czarę goryczy Kasi.
Dość, koniec! płakała Kasia. Odchodzę i zabieram dzieci! Przeprowadzam się do mamy. Tam chłopcy będą mieli własny pokój.
Złapała walizkę i pchnęła synów do drzwi.
Leszek, Szymek, idziemy!
Kasiu co robisz? Wojtek stanął zdezorientowany. A rodzina? A my? Myślałem, że jest dobrze Zawsze wydawało mi się, że jesteś zadowolona.
Sześć lat to znosiłam. Ciebie i twoją mamę. Szampon kupujemy w wielkich butlach, najtańszy papier toaletowy z marketu. Dzieci nie mają nawet zabawek, tylko twoje stare śmieci po bracie! Chcę normalnego życia dla synów, nie takiego oszczędzania. Wolę być rozrzutna niż taka jak wy.
Pani Teresa z demonstracyjnym gestem chwyciła się za serce i nie puściła syna za żoną.
Oj, Wojtusiu, serce boli Nie idź. Wróci. Kto ją weźmie z dwójką dzieci
Wojtek wierzył, że wróci.
Kasiu, dlaczego tak robisz? zapytała mama, pani Lidia. Po prostu wyrzuć herbatkę i zaparz świeżą.
Kasia ocknęła się z zamyślenia. Po raz trzeci próbowała zalać tę samą torebkę herbaty.
Jak wy tam w ogóle wytrzymywaliście? Mówiłam sto razy, że to nie życie, tylko męka. Tam wszystko niezdrowe.
Tak kiwnęła głową Kasia i otworzyła lodówkę. Porządny ser żółty, normalna kiełbasa, jogurty Trzeba schować czekoladki, bo dzieci wszystko zjedzą.
Niech jedzą, po to kupuję.
Schowaj, bo nie są przyzwyczajeni, zaraz się zasypią.
Mama pokiwała głową i obejrzała córkę z troską, kładąc jej dłoń na ramieniu.
Noc zapadła. Kasia nie mogła zasnąć; łóżko za miękkie, nie skrzypiało jak stare z Wojtkiem. Podeszła do lodówki i otworzyła ją szeroko. Zapatrzyła się z uwielbieniem na produkty. U Wojtka mleko zawsze najtańsze, jogurtu zabraniał, tylko kefir. Twaróg robili sami, z przeterminowanego mleka.
Kasia odkroiła kawałek chleba i zrobiła sobie prawdziwą kanapkę z kiełbasą i serem. Wielką, niezgrabną ledwo zmieściła się w buzi, ale jakie to było pyszne I nikt za plecami nie narzeka. Nikt nie mówi, jak gruby ma być plaster kiełbasy, ani że ser tylko na śniadanie Wzięła jogurt i wypiła go prosto z butelki. Poezja!
O rany, jaka byłam głupia Jak mi dobrze nie oszczędzać na wszystkim
Jak mogła tyle lat trwać w tym domu? Zyć według cudzych zasad? Nosić ubrania po teściowej, jedne buty na pięć lat? Jak?
Po kilku tygodniach Kasia ledwo co wstała w sobotę, dzieci były w parku z babcią. Ktoś zadzwonił do drzwi.
Kto tam? Wojtek? Co tutaj robisz?
Na progu stał mąż.
Kasiu, wracaj. My my z mamą nie będziemy już aż tak oszczędzać. Rozrzutność to grzech, ale będę cię bardziej słuchał i Kocham cię, Kasiu. Wróć. Przecież mamy rodzinę, dzieci
Nie! Nie i jeszcze raz nie! Już nie wrócę. Moje dzieci mają swój pokój, ja też. Oglądają bajki, ile chcą, nie przez kwadrans dziennie. Jedzą całego kotleta, mogą same sięgnąć po czekoladkę. Nie pierzemy głupich reklamówek! Kupiłam sobie wreszcie nowy szlafrok, słyszysz? Chcę normalnego życia. To moje pieniądze, sama wiem, na co je wydać. Koniec. O rozwodzie poinformuje cię sąd!
Kasia zatrzasnęła drzwi i rozpłakała się. Dlaczego płakała, sama nie wiedziała chyba przez żal i ulgę. Wiedziała, że czeka ją więcej pracy, by sama utrzymać dzieci. Ale była gotowa. Do wszystkiego, byle już nie wracać do tamtego życia. Bo to po prostu nie było jej życie.

