Nie zdjąłem butów. W przedpokoju przywitał mnie zapach, który na sekundę przygwoździł mnie do wycieraczki — słodkawy, stęchły, jakby pod panelami coś zdychało od tygodnia. Wracałem po czternastu dniach na trasie. Gdańsk, Białystok, Lublin, po dziewięć godzin za kółkiem dziennie. Chciałem tylko wziąć prysznic, zjeść coś ciepłego i położyć się we własnym łóżku.
Zamiast tego stałem w korytarzu i patrzyłem na swój dom, którego nie poznawałem.
Na wieszaku wisiał tylko mój stary polar roboczy. Jej kurtka leżała na podłodze, tam gdzie z niej zeszła. Obok stała reklamówka z Biedronki, a z niej wysypywały się puste opakowania po chipsach. Pchnąłem drzwi do pokoju. Telewizor grał na cały regulator — jakaś teleturniejowa orkiestra, brawa, sztuczny śmiech. Na kanapie, wciśnięta między poduszki i kartony po pizzy, leżała Magda. Moja żona. Od trzech lat.
Nie drgnęła. Dopiero gdy podszedłem bliżej i zasłoniłem sobą ekran, uniosła głowę.
— O, jesteś. — Głos miała chropowaty, jakby nie używała go od rana. — Nie patrz tak na mnie, dobrze? Sprzątałam wczoraj.
— Co sprzątałaś? — zapytałem i odsunąłem stopą pudełko po makaronie. Pod spodem był tygodniowy paragon z Żabki i skarpetka. Nie moja, jej.
— No, było gorzej. Jak ci się nie podoba, to bierz ścierę. Ja nie jestem twoją gosposią.
Poczułem, jak coś we mnie sztywnieje. Nie złość. Złość była wcześniej, gdzieś między Opaczem a Grójcem, kiedy dzwoniłem i słyszałem tylko, że jest zmęczona. Teraz było coś twardszego. Coś, w czym człowiek podejmuje decyzje.
Nie odpowiedziałem. Poszedłem do kuchni. Zlew zniknął pod naczyniami. Na desce do krojenia leżał otwarty ser pleśniowy, obok niego — tabletka na nadciśnienie. Moja matka brała takie same. Na blacie stała też moja stara maszynka do kawy, zapchana fusami tak, że z filtra wyrastała zielona pleśń. Otworzyłem lodówkę. Zapach uderzył mnie w twarz jak mokra szmata. Mleko zsiadło się w butelce. Na środkowej półce leżało coś, co kiedyś było pomidorem.
Podszedłem do drzwi balkonowych i je otworzyłem. Do środka wpadło zimne, październikowe powietrze. Na parapecie leżały jej papierosy i zapalniczka z logo stacji paliw.
— Magda, wyłącz to — powiedziałem cicho.
— Czego chcesz? Jestem zmęczona! Cały dzień na nogach!
— Na nogach. — Odwróciłem się i zobaczyłem, że leży dokładnie w tej samej pozycji. — Co robiłaś?
— A co mam robić? Siedzieć i czekać, aż wrócisz? Nie ma cię tygodniami, a potem wchodzisz jak policja i robisz mi awanturę o naczynia. Nie wiedziałam, że mam się meldować.
— Dwa tygodnie, Magda. Nie godzinę.
— No i co? — Usiadła, poprawiła włosy. — Ty sobie jeździsz, oglądasz świat, a ja tu gniję. Może nie chcę sprzątać. Może nie mam siły. Może to wszystko jest też twoje.
Wstała i poszła do kuchni. Usłyszałem, jak otwiera szafkę. Potem wróciła ze szklanką w dłoni. W środku był sok pomarańczowy. Na krawędzi szklanki zostały czyjeś usta. Nie moje.
— To twoja wina, wiesz? — powiedziała, patrząc na telewizor. — Przez ciebie tak żyję. Cały dom na mojej głowie, a ty tylko przelewy wysyłasz.
— Ten dom jest na twojej głowie? — zapytałem. — To mieszkanie kupiłem po babci. Remont robiłem sam. Kredyt spłacałem zanim cię w ogóle poznałem. A teraz… — Rozejrzałem się. — Ty nawet nie wyniosłaś śmieci. Kubeł stoi w kuchni, fruwa nad nim muszka owocówka. W łazience pralka śmierdzi stęchlizną, bo nie otworzyłaś drzwiczek. A ty mówisz, że to moja wina?
Rzuciła szklanką o stół. Szkło nie pękło, tylko odbiło się od talerza i potoczyło na brzeg. Sok zalał pilot.
— Nie będę z tobą rozmawiać, jak tak wrzeszczysz!
— Ja nie wrzeszczę.
— Wrzeszczysz! Wszyscy mężczyźni tak robicie. Przyjechał i od razu pretensje. A ja mam depresję. Powinieneś to uszanować.
Patrzyłem na nią dłużej, niż powinienem. I wtedy zobaczyłem to wyraźnie. Nie depresję. Nie zmęczenie. Kobietę, która od dawna nie czuje nic poza wygodą. Która przyzwyczaiła się, że nie ma mnie w domu, że pieniądze wpływają, że nikt nie patrzy. A gdy wracam — jestem intruzem.
— Aha — powiedziałem. — Depresję.
Wyszedłem do przedpokoju. Wziąłem kurtkę, kluczyki.
— Gdzie idziesz? — zapytała.
— Po coś.
Zatrzymałem się przy drzwiach. Siedziała na kanapie, z nogami podwiniętymi pod bluzę. Na jej twarzy nie było ani jednego powodu, dla którego miałbym zostać.
— Tylko wróć szybko — rzuciła. — Mamy marnowanie jedzenia w lodówce. Trzeba coś z tym zrobić.
Nie odpowiedziałem. Zszedłem po schodach. W klatce pachniało farbą. Sąsiadka z drugiego piętra, pani Zofia, czyściła wycieraczkę.
— Panie Norbert, Magda znowu nie odbiera domofonu — powiedziała. — Przesyłka za nią stoi u mnie od czwartku.
— Przepraszam. Może pani oddać listonoszowi.
— Jak to?
— Niech wróci do nadawcy.
Zaparkowałem przed sklepem budowlanym. Kupiłem nowy zamek. Dwa. Jeden do drzwi, drugi do piwnicy. Zajechałem do mieszkania, w którym od roku nikt nie mieszkał — po matce. Stało puste, bo nie mogłem go sprzedać. Na parapecie leżał kurz wielkości opuszka palca. Otworzyłem okno, wywietrzyłem. Potem wróciłem.
Wjechałem windą na czwarte piętro. Znowu ten zapach. Tym razem nie z mieszkania — z samej klatki. Może z zsypu. Może z tego, że Magda wynosiła śmieci raz na tydzień. Wyjąłem telefon. Otworzyłem aplikację banku. Z konta zniknęło tysiąc osiemset złotych. Tydzień temu. W tytule przelewu: "zakupy".
Wszedłem do środka. Magda nadal leżała na kanapie. Podniosła głowę.
— I co? Kupiłeś coś do jedzenia?
— Nie.
— To może chociaż colę?
Nie odpowiedziałem. Otworzyłem drzwi do sypialni. Na łóżku leżały ciuchy, pranie, nierozpakowana walizka. Moja walizka. Z ostatniego wyjazdu. Na szafce nocnej — jej telefon, podłączony do ładowarki. Na ekranie migały wiadomości. Nie czytałem ich. Nie musiałem.
Wziąłem z przedpokoju duże worki na śmieci. Wszedłem do sypialni i zacząłem pakować jej rzeczy. Ręce same mi chodziły, jak w transie. Swetry, sukienki, kosmetyki, buty. Wszystko do czarnych worków. Otworzyłem łazienkę. Szczoteczka, pasta, krem, prostownica. Do torby. Z kuchni — jej kubek, jej tabletki, jej bateria przypraw. Do torby.
— Co ty robisz?! — Usłyszałem za sobą jej głos. W drzwiach sypialni stała Magda. — Zostaw to! To moje!
— Zabieram twoje rzeczy. Wyprowadzasz się.
— Co?! — W jej oczach błysnęło coś, czego wcześniej nie widziałem. Strach. — Norbert, no co ty, zwariowałeś? Gdzie ja mam iść?
— Nie wiem. Może do matki. Może do tego, od którego dostałaś wiadomości o czwartej nad ranem.
Zatkało ją. Tylko na chwilę. Potem wybuchnęła.
— Ty śledziłeś mój telefon?! Wąchałeś mi bieliznę?! To jest chore!
— Wąchałem mieszkanie. — Związałem worek. — I to, co z niego zostało. Nie poznaję go.
— Nie możesz mnie wyrzucić! To jest też mój dom! Ja tu mieszkam!
— Mieszkasz? — Spojrzałem na nią. — Siedzisz. W moim fotelu, przed moim telewizorem, w otoczeniu śmieci, które sama zrobiłaś. Nie mieszkasz. Przechowujesz się.
— Zadzwonię po policję!
— Dzwoń.
— Powiem im, że mnie bijesz!
— A ślady?
Sięgnęła po telefon. Widziałem, że naprawdę dzwoni. Usiadłem na krześle w kuchni i czekałem. Czekałem dziesięć minut. Przyjechali dwaj policjanci. Weszli do mieszkania, a jeden z nich odruchowo zasłonił nos dłonią.
— Rozumiemy, że jest konflikt — powiedział starszy. — Pani twierdzi, że została pozbawiona dostępu do mieszkania.
— Mieszkanie jest moje. Akt notarialny, kredyt spłacony przed ślubem. Nigdy nie dopisałem jej do księgi wieczystej. — Wstałem i podałem mu teczkę z dokumentami. — Proszę sprawdzić.
— To nie znaczy, że może pan wyrzucić żonę na ulicę.
— Ja jej nie wyrzucam na ulicę. Daję jej walizkę. A jeśli chodzi o jej rzeczy — są spakowane. Reszta to moje. Proszę mi wierzyć, panie władzo, to nie jest eksmisja. To porządki.
Magda podeszła do starszego policjanta i coś mu szepnęła, dotykając jego ramienia, jakby to była zwykła rozmowa między znajomymi. Zobaczyłem, jak wsuwa coś do kieszeni jego kurtki — złożoną banknotę, może dwie. Policjant cofnął rękę, spojrzał na młodszego kolegę, potem na mnie.
— Proszę pani, tak to nie działa — powiedział sucho i wyjął to, co mu wsunęła, kładąc na stole obok teczki z dokumentami. — To niech pani schowa. Spiszemy notatkę i tyle.
Magda spąsowiała, cofnęła rękę, jakby się poparzyła. Młodszy policjant poprosił ją o dowód, zapisał dane. Potem obaj kazali jej spakować najpotrzebniejsze rzeczy i wyjść.
— Możesz iść do matki — powiedziałem, gdy trzymała w ręku reklamówkę. — Na Podleśną.
— Nie pojadę tam. Tam jest ciasno.
— To twoja sprawa.
— Jesteś zwykłym kutasem, Norbert. Wiesz o tym?
Nie odpowiedziałem. Zamknąłem drzwi. Na klucz.
Tej nocy posprzątałem pierwsze pudełko po pizzy i worek po chipsach. Znalazłem pod stertą ubrań pilota. W telewizji leciał program o ludziach, którzy zbierają rzeczy po zmarłych. Wyłączyłem. Otworzyłem okno w kuchni na oścież. Wszedłem do łazienki i poczułem zapach, który nikogo nie obraża: zimny kamień, środek do czyszczenia, woda.
Po tygodniu przyjechała po resztę rzeczy. Z ojcem. Stałem w drzwiach, nie prosiłem ich do środka. Ojciec chciał coś powiedzieć, ale popatrzył na podłogę, na czarne worki, na moją twarz i zrezygnował.
— Gdzie są moje rzeczy? — zapytała.
— W piwnicy. W kartonach. Cztery sztuki.
— A rower?
— Rower był mój. Kupiłem go za czterysta złotych na Allegro. Dowód mam w szufladzie.
— Zawsze byłeś sknerą.
— To nie jest skąpstwo, Magda. To jest porządek. Ty go po prostu nigdy nie rozumiałaś.
Zeszła po schodach. Sąsiadka z drugiego piętra wyjrzała zza drzwi i cicho je zamknęła. Na klatce został zapach jej perfum. Słodki, ciężki, nienaturalny. Po chwili zniknął.
Wieczorem wymieniłem zamek. Nowy klucz położyłem na parapecie. Wyjąłem z szuflady kopertę z dokumentami po mamie — akt notarialny mieszkania, klucz do piwnicy — i schowałem ją głębiej, na dno szafy, tam gdzie trzymałem rzeczy, które chciałem mieć blisko, ale nie na widoku.
A potem usiadłem na czystej kanapie, w czystym pokoju, i zjadłem kanapkę nad talerzem. Nad talerzem, który potem odłożyłem do zlewu. Nie do ubrań. Do zlewu.



