Marek wysiadł z autobusu na dworcu w Bydgoszczy o wpół do dwunastej w nocy. Z Berlina jechał osiem godzin, a wcześniej tydzień spędził na montażu linii produkcyjnej w fabryce pod Barceloną. Torba śmierdziała potem i kebabem z przystanku. Deszcz padał od samej granicy, więc kurtka przyklejała mu się do pleców.
Szedł przez pusty parking, omijał kałuże. Chciał tylko zrzucić buty, wejść pod prysznic i zjeść kanapkę z żółtym serem. W autobusie słuchał podcastu o inwestowaniu, ale nie zapamiętał ani jednego zdania — cały czas myślał o domu.
Przy ulicy Warmińskiej 12, na czwartym piętrze bez windy, w podcieniu klatki śmierdziało bigosem. Pani Helena spod trójki zawsze gotowała go w środę, żeby w czwartek podgrzać na obiad. Marek minął jej drzwi, na wycieraczce leżała reklamówka z Biedronki — pusta, z dziurą.
Klucz przekręcił się, zamek zaskoczył. Zanim zdążył wejść, uderzył go zapach. Kwaśny, gęsty, jakby ktoś wylał mleko i zapomniał na tydzień. Pod nogami coś chrupnęło — pusta butelka po piwie. Poleciała dalej, uderzyła w listwę przypodłogową.
— O, wróciłeś? — dobiegło z salonu. Głos Justyny, ale obcy. Niższy, jakby przez sen.
Marek nie zdejmował butów. W przedpokoju na podłodze leżały gazetki reklamowe, jedna w kałuży rozlanego soku. Kurtka żony zwisała z klamki, ale nie ta, którą nosiła zimą — letnia, z etykietą sklepu. Obok stała torba z zakupami, nie wypakowana. W kuchni śmierdziało odpadkami.
Wszedł do salonu. Telewizor migotał na kredensie, który kupili ze trzy lata temu, jeszcze na raty. Na kanapie, owinięta w szary koc w kratę, leżała Justyna. Nie podniosła się. W niebieskim świetle ekranu wyglądała jak ktoś, kto nie wychodził stąd od dni. Obok niej — pusta puszka po chipsach, karton po pizzy, dwie butelki po cydrze. Na dywanie, na samym środku, leżała jej letnia sukienka. Zmięta, jak ścierka.
— Justyna. — Marek postawił torbę. — Wyłącz to. Popatrz na mnie.
Pilot ściszył dźwięk, ale kobieta nawet nie odwróciła głowy. — Wróciłeś. I od razu zaczynasz. — Głos chrypiał, jakby od dawna milczała. — Miałam ciężki tydzień, nie miałam siły sprzątać.
— Ciężki tydzień? — Marek przeszedł przez pokój, butem potrącił puszkę. Ta potoczyła się pod stolik. — Tu jest wysypisko. Czemu nic nie zrobiłaś? Wiedziałaś, że wracam w piątek.
Justyna usiadła, z koca posypały się okruszki. — A co, mam od progu skakać i pierogi stawiać? Nie jestem twoją służącą. Jak ci brudno, to weź ścierkę i umyj. Ja pracowałam cały tydzień. Ty tylko jeździsz i pokazujesz się z walizką.
— Pracowałaś? — Marek wszedł do kuchni i tam dopiero zrozumiał, co się działo przez te dwa tygodnie. Zlew zniknął pod talerzami. Na blacie stał blender, ten kupiony na raty w Media Expert, cały w zastygłym cieście. Obok otwarta puszka po tuńczyku, a w niej woda z olejem, na której unosiło się kilka martwych muszek. W garnku coś przywarło, śmierdziało spalenizną. Na podłodze leżał kalendarz z 2023 roku, przewrócony na grudzień, cały w śladach butów.
A w kącie, przy lodówce, leżał jego paszport. W kałuży brunatnego sosu. Strony posklejane, okładka odklejona.
Marek pochylił się. Podniósł dokument dwoma palcami. — Co to jest? — zapytał, ale głos miał równy. Jakby spawał, a nie pytał.
Justyna stanęła w drzwiach kuchni, oparła się barkiem o framugę. — Oj, no co? Paszport. Wycierasz i działa. Zawsze robisz aferę o nic.
Wtedy coś w nim pękło. Nie gwałtownie. Cicho, jak pęka szyba w mrozie. Popatrzył na nią, ale nie tak, jak patrzył wcześniej. Wcześniej by krzyknął, by wziął ją za ramiona. Teraz nie. Teraz zobaczył, że w jej oczach nie ma nic. Tylko zmęczenie i pretensja.
— Wycierasz — powtórzył. — Dobra. Ja wytrę swoje sprawy.
Wyszedł z kuchni do przedpokoju. Wyjął telefon. Justyna ruszyła za nim. — Co ty chcesz robić? Marek? — Nie patrzył na nią, tylko na ekran. Otworzył aplikację PKO. Znalazł wspólne konto. Wystukał numer konta siostry, Izy z Gdańska. Kwota: trzydzieści cztery tysiące. Tytuł: „zwrot pożyczki” — chociaż żadnej pożyczki nie było. Nie chciał pisać prawdy.
— Co robisz?! — Justyna zerwała się, złapała go za rękaw. — Marek! To moje pieniądze!
— Połowa — poprawił. — Moja połowa to moja połowa. Przelew.
Kliknął. Ekran pokazał potwierdzenie: 34 000,00 zł. Wysłano.
Justyna zobaczyła kwotę. Twarz jej zbladła, potem zrobiła się czerwona. — Zostawiłeś mi cztery tysiące? — wykrzyczała. — Zwariowałeś! Zadzwoń i anuluj!
— Cztery tysiące — powtórzył Marek. — Na pierwszy miesiąc. Rzeczoznawca przyjdzie w czwartek o jedenastej. Wystawiamy mieszkanie na sprzedaż. Dzielimy po połowie. Jak nie otworzysz, zmienię zamki.
— Mój dom! — Justyna zaczęła się trząść. — Ja tu mieszkam! Nie możesz mnie wyrzucić!
Marek podszedł do drzwi, chwycił klamkę. — Za cztery tysiące wynajmiesz pokój. Albo kawalerkę. Dużo, jak na śmietnik.
Justyna chwyciła ze stolika coś ciężkiego — kubek. Cisnęła nim. Kubek rozbił się o futrynę obok jego głowy, kawałki ceramiki rozsypały się po przedpokoju.
Marek nie drgnął. Otworzył drzwi. — W czwartek, jedenasta — powtórzył. — Pamiętaj.
Wyszedł na klatkę. Zanim zamknął, usłyszał ryk Justyny. Nie płacz. Ryk. Jakby zwierzę uwięzione w sieci.
Zszedł po schodach. Na parterze, zza drzwi pani Heleny, zaskomlał bury kundel. Marek wyjął z kieszeni paszport. Otworzył na pierwszej stronie. Strony sklejone, zdjęcie poplamione. Ale dane nadal jego.
Na dworze nadal padało. Deszcz padał mu na twarz. Nie otwierał parasola — i tak by się nie przydał.
Skręcił w stronę przystanku. Miał na sobie przemokniętą kurtkę i torbę. W środku tylko brudne koszule i ładowarkę. Ale paszport w dłoni. I potwierdzenie przelewu w telefonie.
Za sobą, z okna na czwartym piętrze, coś spadło na chodnik. Doniczka. Pelargonia zwiędła już dawno. Rozbita na kawałki.
Marek nie przyspieszył kroku.



