Przez całe życie kochałam jednego człowieka i ta miłość była naprawdę żywa mimo upływających lat. Poznaliśmy się, gdy miałam 18 lat, a on 16. Mimo tej różnicy wieku od razu między nami zaiskrzyło i po prostu zakochaliśmy się w sobie. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Po 3 latach bycia razem mój ukochany został wezwany do odbycia obowiązkowej służby wojskowej. Mimo doległości pisaliśmy do siebie listy tak często, jak tylko mogliśmy. Niestety, później w tych listach nie pisaliśmy już o tym, co tam u nas, a po prostu kłóciliśmy się i to o jakieś drobnostki.
Nasz związek nie przetrwał i tak się złożyło, że po rozpadzie naszego związku wyjechałam ze wsi do dużego miasta, a tam wyszłam za mąż i urodziłam dwoje dzieci. Po kilku latach mój mąż zmarł – miał raka, a ja wróciłam z dziećmi do mojej rodzinnej miejscowości, ponieważ tam miałam rodziców więc wiedziałam, że nie będę czuła się sama. Gdy tylko wróciłam na wieś spotkałam moją dawną miłość i wszystko odżyło. Znowu zaczęliśmy się spotykać i to była jakaś szalona i jednocześnie chora miłość. Dlaczego tak uważam? Bo kiedy byliśmy razem, to było dobrze, namiętność wręcz z nas się wylewała. Gdy tylko jednak musiał gdzieś wyjechać, kłociliśmy się i nie byliśmy w stanie bez siebie żyć, jednocześnie zatruwając sobie nawzajem życie pretensjami. Po 4 latach takiego życia (niestety w ukryciu, bo on był już po ślubie) znowu urwał nam się kontakt.
Ja nigdy jednak nie kochałam nikogo innego niż jego i nawet później za nim tęskniłam.
Lata mijały, a ja prawie nic o nim nie wiedziałam. Tylko tyle, że wyjechał gdzieś, nic więcej. Teraz, po 25 latach znowu się do mnie odezwał. Jestem już dawno po 50-ce, ale kiedy z nim rozmawiam dzięki internetowym komunikatorom czuję się jak 18-stka. Od tej pory często do siebie dzwoniliśmy, dużo pisaliśmy, wspominaliśmy dawne czasy i zaśmiewaliśmy się do łez…
Wyznał, że nadal mnie kocha i zawsze kochał. Potem jednak zaczęłam zauważać, że często jest nietrzeźwy, czasami był tak wcięty, że ciągle mówił o tym samym albo narzekał, że ciągle musi pomagać córce, bo ją mąż zostawił i sama sobie nie radzi. Po jakimś czasie znudziło mi się to bezsensowne gadanie o tym samym i marnowanie czasu, więc potem przestałam dzwonić, ale też odbierać telefony. Na koniec wysłał swoje zdjęcie, co było gwoździem do trumny tej relacji. Z przystojnego i zadbanego faceta zmienił się w zgrzybiałego, bezzębnego starca (i to wieku 54 lat!). Ja o siebie ciągle dbam, inwestuję w siebie, dlatego wyglądam na młodszą i chciałabym mieć jednak u boku kogoś na swoim poziomie.
Wniosek z tej historii jest taki, że nie warto wracać do starej miłości, bo nigdy nie będzie tak, jak kiedyś. Ludzie się zmieniają, co może przynieść tylko rozczarowanie i pustkę, a nie szczęście.

