Andrzeja poznałam na imprezie u znajomych. Zaczęliśmy się spotykać, a trzy miesiące później poprosił mnie o rękę. Bardzo go polubiłam, więc od razu się zgodziłam. Byliśmy pewni, że jesteśmy dla siebie stworzeni i nikt ani nic nie może nas rozdzielić. W środę rano zaczęło padać, potem chmury się rozwiały i dzień był słoneczny. Andrzej i ja, żartując i bawiąc się, ciesząc się dobrą pogodą, poszliśmy do Urzędu Stanu Cywilnego. Złożyliśmy wniosek, a wieczorem Andrzej zaprosił mnie do siebie. „Andrzej, skąd wziąłeś tę dziewczynę?” – wykrzyknęła jego matka, gdy mnie zobaczyła.
„Mamo, co się z tobą dzieje? Czy tak się wita gości? To moja Maria. Kochamy się i już złożyliśmy wniosek w Urzędzie Stanu Cywilnego. Przyjmij to jako fakt i, proszę, traktuj moją przyszłą żonę uprzejmie i grzecznie!” – powiedział Andrzej i pociągnął mnie do kuchni, gdzie stół był już nakryty. Posadził mnie i usiadł obok mnie. Jego matka poszła za nami i zaczęła sprzątać jedzenie ze stołu, mówiąc: „Przygotowywałam się na spotkanie z synową, a nie na to nieporozumienie”. Jeśli jej pierwsze słowa wprawiły mnie w osłupienie, nie mogłam znieść już tych drugich. Poderwałam się od stołu i wybiegłam z mieszkania.
Andrzej ruszył za mną. Dogonił mnie i przytulił. Płakałam w jego ramionach, a on głaskał mnie po głowie, po plecach i uspokajał: „Dostaniemy razem mieszkanie. I nawet jeśli cały świat będzie temu przeciwny, pobierzemy się. Bo ja kocham Cię, Ty kochasz mnie, a o reszcie nie my decydujemy”. Tego samego dnia, po odprowadzeniu mnie do domu, Andrzej spakował swoje rzeczy i wprowadził się do przyjaciela. Następnego dnia znalazł mieszkanie, w którym zaczęliśmy razem mieszkać. Złożył pozew o podział mieszkania po ojcu i zażądał swojej części – 2/3 dwupokojowego mieszkania. Jego ojciec zapisał swój udział synowi. Miesiąc później mieliśmy skromny ślub.



