Niedawno spotkałam przypadkiem pewną młodą kobietę, którą poznałam kilka lat temu. Tak się wzruszyłam, że postanowiłam podzielić się z Wami jej historią. Jest naprawdę pouczająca.
Z Dorotą leżałyśmy w tej samej, szpitalnej sali. Miałam drobny problem z kolanem, a ją czekała poważna operacja – musieli amputować jej nogę. Miała zaledwie 22 lata i była całkowicie zrozpaczona, bo nie wyobrażała sobie życia bez jednej nogi.
Codziennie odwiedzał ją jej chłopak Olgierd. Pewnego dnia usłyszałam, jak mówiła mu, że lepiej, żeby ją zostawił i znalazł sobie inną dziewczynę. Nie chciała być dla niego ciężarem. Usłyszałam też, jak odpowiedział zdecydowanie: „Nie! Nie zrobię tego, wybij to sobie z głowy!”. Potem ją przytulił i długo trzymał w swoich ramionach.
Wieczorem wyszłam na chwilę z sali, a kiedy wróciłam, zobaczyłam Dorotę stojącą przy otwartym oknie. Chwiała się i prawie wyskoczyła z siódmego piętra szpitalnego okna. Zawołałam ją po imieniu, a kiedy się odwróciła, zobaczyłam, że płacze. Odciągnęłam ją od okna i pomogłam usiąść na łóżku.
Wychował mnie obcy człowiek, a własny ojciec mnie porzucił i potem ignorował
Rozmawiałyśmy przez wiele godzin. Powiedziała mi, że nie chce takiego życia – nie mogłaby nawet tańczyć na swoim weselu, a w ogóle wątpiła, że kiedykolwiek je będzie miała. Nawet nie marzyła o dziecku. Jaka z niej będzie matka, skoro nie będzie mogła biegać za swoim maluchem? Zrobiłam wszystko, co mogłam, żeby ją uspokoić, ale nie sądzę, żeby to się udało.
Byłam jeszcze w szpitalu, kiedy amputowali jej nogę – tuż nad kolanem. Ciągle prosiła o więcej środków przeciwbólowych, chociaż bardziej bolała ją dusza. Słyszałam, jak jęczała przez sen, rzucając się w koszmarach.
Potem mnie wypisano i już jej nie widziałam. Dzwoniłam do niej, ale odpowiadała sucho, więc postanowiłam już nie zawracać jej głowy. Przez kolejne lata często o niej myślałam. Miałam nadzieję, że się uspokoiła i jest dobrze. Aż pewnego dnia przeżyłam radość, którą muszę się podzielić. Szłam alejką po parku i zauważyłam sympatyczną rodzinę – pięknych rodziców i dwie małe dziewczynki. Rozpoznałam w nich Dorotę i Olgierda! Pobiegłam do nich i ją przytuliłam. Rozmawiałyśmy i pochwaliła się, że dostała bardzo dobrą protezę. Żałowała, że wtedy była tak przestraszona, że dopuściła te głupie myśli do swojej głowy.
Ukończyła studia, znalazła pracę, a teraz była na urlopie macierzyńskim. Nic z tego by się nie wydarzyło, gdyby nie Olgierd, który nie opuścił jej ani na chwilę i sprawił, że uwierzyła, że razem mogą być szczęśliwi.
Więc kiedy przejmujemy się kolejną „dramatyczną” sytuacją, warto pamiętać, że są ludzie tacy jak Dorota i jej wspaniały mąż.

