Kazimierz nie potrzebował budzika

Kazimierz Nowicki budził się o szóstej. Codziennie, bez wyjątku, bez alarmu — ciało samo wiedziało swoje. O siódmej śniadanie: dwie kromki, jajko na miękko, herbata bez cukru, bo lekarz kazał. O ósmej wychodził na spacer — czterdzieści minut, zawsze tą samą trasą wokół Parku Śląskiego, obok stawu, gdzie zimą łyżwiarze robili kółka, a latem dzieciaki karmiły łabędzie chlebem, choć tabliczka zabraniała. Potem gazeta, obiad, drzemka. Wszystko według zegara.

Kiedy pół roku temu zmarła Halina, ten rytm zacisnął się jeszcze mocniej. Nie z żalu — a raczej nie tylko z żalu. Zrozumiał coś prostego: dopóki istnieje rozkład dnia, on wciąż jest. Rutyna trzymała kształt tam, gdzie już nic innego go nie trzymało.

Wnuczka Kasia przyjechała w czerwcu — opalona, głośna, z plecakiem i wielką torbą transportową na ramieniu. Z torby dobiegało sapanie.

— Dziadku — powiedziała, ledwie przekroczyła próg — to jest Fasolka. Bardzo grzeczna.

Kazimierz spojrzał na torbę. Potem na Kasię.

— A cóż to takiego?

— Jamnik. Piesek, no.

— Widzę, że nie osioł. Po co go przywiozłaś?

— Bo, dziadku, nie miałam u kogo zostawić…

— Na balkon — rzucił. — Niech mieszka na balkonie. Koniec dyskusji.

Kasia otworzyła usta. Zawahała się.

— No dobra. Na razie balkon. Na razie.

Nikt nie zwrócił uwagi na te dwa słowa. Błąd.

Fasolka okazała się długa, rudej sierści, z miną, jakby już wszystko o wszystkich wiedziała. Obeszła przedpokój dokładnie, powąchała dywan w salonie, fotel, kąt przy kaloryferze pod telewizorem, na którym akurat leciały wiadomości z Katowic. Kazimierz szedł za nią, obserwując.

Fasolka zatrzymała się na środku salonu. Popatrzyła na niego — bez lęku, raczej z ciekawością. I usiadła.

— Na balkon — powtórzył twardo.

Nie ruszyła się.

— Mówię: na balkon.

Fasolka ziewnęła. Szeroko, z apetytem.

Kazimierz zrobił krok w jej stronę. Nie uciekła — po prostu wstała i spokojnie wsunęła się pod fotel. Stał na środku własnego salonu i patrzył na fotel. Czterdzieści lat wydawania poleceń ludziom w zakładzie mięsnym, gdzie był kierownikiem zmiany. I zawsze działało.

Z czasem Fasolka przestała mu przeszkadzać. Po prostu weszła w przestrzeń mieszkania. I obserwowała go. Zawsze. Kładła się obok i patrzyła — uważnie, z głową przekrzywioną, jakby słuchała.

Raz czytał o podwyżce cen prądu i powiedział głośno, bez zastanowienia:

— Skandal.

Fasolka szczeknęła krótko. Raz.

Kazimierz zerknął znad gazety.

— Zgadzasz się?

Ona patrzyła na niego.

— No właśnie — powiedział. — Skandal, i tyle.

To była ich pierwsza rozmowa.

Tydzień później poszedł do sklepu zoologicznego przy Kościuszki. Wziął tanią karmę — tę samą, którą przywiozła Kasia. Włożył do koszyka. Potem zerknął na sąsiednią półkę. Była inna karma. Droższa. Na opakowaniu napisano: „dla psów aktywnych, ras małych, z jagnięciną". Trzymał ją w rękach. Odłożył. Wziął z powrotem.

W sumie ona jest aktywna. Biega cały dzień.

Kupił droższą. W domu postawił miskę. Fasolka podeszła, powąchała i od razu zaczęła jeść — bez swoich zwykłych sceptycznych manewrów. Patrzył na nią i czuł coś dziwnego. Nie dumę. Nie radość. Coś prostszego — po prostu dobrze, że je.

W środę w parku zatrzymał go sąsiad, pan Zenon — osiemdziesiąt dwa lata, zawsze z laską i zawsze gadatliwy.

— Kazimierzu! Już z psem?

— Wnuczki — odparł Kazimierz jak zwykle.

— Ładny piesek. Jamnik?

— Jamnik.

— Moja Basia, świeć Panie nad jej duszą, uwielbiała jamniki — powiedział Zenon, siadając na ławce obok stawu. — Mówiła, że mądre. Czasem mądrzejsze od ludzi.

Kazimierz milczał. Patrzył na Fasolkę — znalazła coś ciekawego pod krzakiem i pracowała nad tym z profesjonalną metodycznością.

— Zostawisz go sobie? — zapytał Zenon.

— Nie. Wnuczka zabiera w piątek.

— Będzie ci żal na pewno.

— Nic mi nie będzie żal — powiedział Kazimierz. — W domu będzie porządek.

Powiedział to twardo. Ale coś w tych słowach się nie zgadzało. Poczuł to. Fasolka podbiegła do niego, wsunęła pysk w jego but. Ręka sama opadła — podrapał ją za uchem. Zmrużyła oczy.

Będzie porządek. Cisza. Czysty dywan. Spacer czterdzieści minut, jedna trasa. Wszystko jak dawniej.

Nagle wyobraził sobie to „jak dawniej" bardzo wyraźnie. Mieszkanie o siódmej rano — nieruchome, bez dźwięku. Śniadanie w pojedynkę. Gazeta, z którą nie ma z kim porozmawiać. Popołudnie, w którym nie ma powodu wychodzić do parku. Pół roku tak żył. I to był porządek. Ale teraz ten obraz nie wyglądał już jak porządek. Wyglądał jak pustka.

W czwartek wieczorem Kasia pakowała plecak. Fasolka siedziała obok i patrzyła na przygotowania z wyraźnym niepokojem. Kazimierz stał w progu i obserwował.

— Zostaw zwierzaka — powiedział. — Ja się nim zajmę.

Cisza. Kasia uśmiechnęła się powoli. Tak, jak uśmiecha się człowiek, kiedy coś wraca na swoje miejsce.

— Dobra, dziadku. Zostawiam.

Fasolka szczeknęła. Krótko. Jakby postawiła kropkę.

Kasia wyjechała w piątek rano. Kazimierz sam zniósł plecak do samochodu, nie pozwolił jej nieść. Wnuczka uściskała go przy bramie — mocno.

— Dzwoń — powiedział.

— Będę dzwonić. Ty też.

— Ja nie dzwonię bez powodu.

— Dziadku. Dzwoń.

Samochód odjechał w stronę Alei Roździeńskiego. Stał chwilę na chodniku. Wszedł na górę. W przedpokoju czekała Fasolka.

Kazimierz zdjął buty. Powiesił kurtkę.

— Teraz będziemy we dwoje — powiedział.

Fasolka szczeknęła.

— No to dobrze.

Porządek został. Wstawanie o szóstej, śniadanie o siódmej. Trzy spacery dziennie — to też stało się porządkiem, tylko nowym. Gazeta na podłodze w kącie salonu — rzecz oczywista. Rano, przy śniadaniu, czytał gazetę na głos. Sytuacja w kraju, wiadomości z dzielnicy, czasem prognoza pogody. Fasolka siadała obok i słuchała — poważnie, z głową przechyloną w prawo.

Wieczorami Fasolka wchodziła mu na nogi w łóżku. Gasił światło. Jej oddech był miarowy. Kazimierz leżał i słuchał. Cisza. Ale nie pustka. To była zasadnicza różnica.

We wrześniu, gdy Kasia zadzwoniła zapytać, czy może przyjechać na weekend odebrać Fasolkę na stałe, bo dostała wreszcie mieszkanie z balkonem odpowiedniej wielkości, Kazimierz milczał dłużej, niż powinien.

— Dziadku? Jesteś tam?

— Jestem. — Odchrząknął. — Wiesz co, zostaw ją. Na razie.

— Na razie?

— Na razie — powtórzył i sam usłyszał, że to „na razie" znaczy już zupełnie co innego niż w czerwcu.

Kasia roześmiała się w słuchawce, krótko, ciepło, i nie naciskała dalej. Fasolka leżała na dywanie, z pyskiem na jego kapciu, i nawet nie podniosła głowy, kiedy odłożył telefon.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

20 − dwanaście =

Kazimierz nie potrzebował budzika