Czasami życie przynosi nam takie historie, które nie mieszczą się w głowie i pewnie nie wymyśliłby ich nawet żaden reżyser hollywoodzki. Ale tak, taka historia właśnie mi się przytrafiła.
Obecnie żyję z moją byłą macochą Zofią. Mój ojciec wziął ślub po raz drugi, gdy miałem już 13 lat. Ona wówczas miała dopiero 18 i dorabiała sobie w firmie mojego ojca po lekcjach w liceum. Zawsze mi się podobała. Jako macocha traktowała mnie bardzo dobrze i życzliwie. Czasami nawet marzyłem o tym, by ją pocałować i często o tym fantazjowałem. Im byłem starszy, tym hormony we mnie bardziej buzowały i chciałem zdobyć machochę…
Żyjąc tak przez 6 lat pod jednym dachem, staliśmy się prawdziwą rodziną.
Wszystko zmieniło się zeszłej jesieni, kiedy mój tata nagle zmarł. Okazało się, że ma nowotwór złośliwy z przerzutami i niestety nie było dla niego żadnych nadziei na przeżycie. Zmarł, zanim zdążył przyjąć pierwszą chemię, bo lekarze jednak do końca chcieli go ratować, mimo że szanse były nikłe od początku.
Nie wiedziałem po tym wszystkim, co będzie dalej. Z Zosią żyliśmy zwyczajnie jak do tej pory. Ona chodziła do pracy, ja na zajęcia na uniwersytecie. Zbliżyliśmy się jednak do siebie, nie jak przybrany syn i macocha. W moje urodziny pierwszy raz się z nią przespałem. Tego dnia wypiliśmy dwie butelki wina i po prostu, tak wyszło. Potem było nam trochę wstyd. Unikaliśmy siebie, ale nie minęły dwa tygodnie od tamtej sytuacji, a znowu znaleźliśmy się w łóżku. Gdy rano obudziłem się przy niej, wyznałem jej, że ją kocham. W odpowiedzi mnie tylko pocałowała i niczego nie powiedziała.
Od tamtego czasu jesteśmy ze sobą, ale nikomu o tym nie mówimy i trzymamy to w tajemnicy. Nikt nawet nie podejrzewa, że jesteśmy tak blisko, ponieważ zachowujemy się tak, jak do tej pory. A przynajmniej przy innych tak robimy. Często nawet nie rozmawiamy, gdy ktoś nas odwiedza z rodziny i traktujemy siebie oschle. Wszystko zmienia się, gdy jesteśmy sami. Wstydzę się, że to robię, ale nie jestem w stanie się opanować. Zresztą nie chcę, bo naprawdę czuję, że to kobieta mojego życia.
Ojciec był człowiekiem surowym, ale życzliwym. Czuję się trochę tak, jakbym zdradzał ojca. To wszystko jest takie trudne! Nie wiem, jak mam powiedzieć moim znajomym o tym, jak powiedzieć rodzinie. Czy w ogóle się przyznawać? Czy lepiej dalej żyć w ukryciu? A jeśli tak, to jak długo? Może powinienem zachować się, jak facet i przestać wstydzić związku z macochą?
