Jak mój mąż potajemnie wspierał swoją matkę, a ja nie miałam za co ubrać naszej córki – historia wal…

Dziennik, 12 czerwca

Od jakiegoś czasu czuję się przytłoczony naszym życiem codziennym. Ja z Martą ledwo wiążemy koniec z końcem oboje pracujemy, ale zarabiamy naprawdę niewiele. Utrzymanie naszej czteroletniej córeczki Hani staje się coraz trudniejsze. Każda suma, którą musimy wydać, jest dla nas bolesnym wyborem czy kupić nowe buty dla Hani, czy zapłacić rachunki? Inflacja szaleje, wszystko drożeje, a złotówki szybko wypływają nam z portfeli.

Z tym większą frustracją patrzyłem, jak Marta postanowiła wysyłać co miesiąc pieniądze swojej mamie, pani Wiolecie. My, młode małżeństwo, sami rezygnujemy z wielu rzeczy, a tu jeszcze trzeba pomagać teściowej. Pani Wioleta nie jest schorowana to kobieta w sile wieku, mogłaby spokojnie podjąć choćby pracę w bibliotece czy sklepie na pół etatu. Raz nawet podrzuciłem propozycję, by zajęła się Hanią po przedszkolu, żebym ja mógł złapać parę nadgodzin. Oczywiście odmówiła, argumentując, że zdrowie nie pozwala, ciągle ją coś łapie.

Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, gdy dowiedziałem się, że teściowa wyjeżdża na wczasy do Zakopanego! Nie do sanatorium na NFZ, tylko do wypasionego ośrodka w Tatrach. Marta przyszła do mnie z tekstem, że jej mama prosi, żebym w tym czasie podlewał jej storczyki i dbrał o kota na drugim końcu Krakowa. Byłem wściekły przecież ten czas mógłbym wykorzystać lepiej, biorąc jakieś dodatkowe zlecenie, a nie jeździć przez pół miasta z konewką.

Zresztą ostatnio dostrzegłem jeszcze coś. Teściowa zaczęła chadzać w ekskluzywnych ubraniach, buty z drogich sklepów na Rynku, biżuteria, stylówka cała Warszawa. W głowie mi się nie mieściło, skąd te pieniędzy, skoro jej syn tak biedny. Nawet żartem zapytałem Martę, czy mama znalazła sobie sponsora albo wygrała w totka.

Kilka dni temu zobaczyłem, że Marta nosi ciągle tę samą torbę, wypchaną do granic możliwości. Kiedyś, gdy poszła się kąpać, zajrzałem do niej znalazłem w środku narzędzia i… laptopa, który doskonale znałem: należał do mojej koleżanki z pracy! Następnego dnia Beata, koleżanka z biura, powiedziała, że Marta dorabia wieczorami naprawą drobnej elektroniki.

Zagadnąłem Martę wprost czy pieniądze z tej dodatkowej pracy daje w całości mamie? Przyznała, że tak właśnie jest.
Nie mamy w co ubrać Hani, cerujemy jej rajstopy po raz czwarty, a twoja mama w tym czasie wypoczywa pod Giewontem i kupuje sobie nowe sukienki?
To są moje pieniądze. Mogę z nimi robić, co chcę rzuciła zimno.

Już nie wytrzymałem. Szczerze? Skoro tak bardzo kocha swoją mamę, niech zamieszka z nią na stałe. Ja już nie mam siły ciągnąć tego wózka samotnie, mając na głowie dziecko, dom i tysiące wydatków.

Dziś wiem jedno w życiu trzeba jasno ustalić granice. Wspólne życie to wzajemne wsparcie, a nie wieczna ofiara jednej osoby. Najwyższy czas zadbać o siebie oraz o dobro własnego dziecka.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

5 × trzy =

Jak mój mąż potajemnie wspierał swoją matkę, a ja nie miałam za co ubrać naszej córki – historia wal…