Ja wiem lepiej – Co to znowu jest… – westchnął zmęczony Michał, kucając przed córeczką i wpatrują…

Wiesz co… czasem mam wrażenie, że życie wystawia nas na jakое-то dziwne próby, serio. Siedzę więc na podłodze przed moją córką już wysiadam psychicznie, patrzę na te różowe plamy na jej policzkach i aż mnie skręca. Znowu to samo…

Czteroletnia Justynka, taka drobna i poważna jak na swój wiek, stoi pośrodku pokoju ze stoicką miną. To już dla niej rutyna te nasze domowe badania, troskliwe, spięte twarze, te wszystkie maści, tabletki i wizyty u lekarzy.

Asia podeszła, kucnęła obok mnie. Delikatnie odgarnęła Justynce włosy z twarzy, spojrzała na mnie.

Te leki totalnie nie działają. Nic, zero. Jakbyśmy wodą dziecko pojili. A lekarze w przychodni… sama nie wiem, kto to jest. Trzeci raz już zmieniają plan leczenia i dalej nic.

Westchnąłem, przecierając dłonią czoło. Za oknem szaro i jakoś tak buro, jak poprzednio. Ubieramy więc Justynkę szybko w ciepłą kurtkę, pakujemy się do samochodu i za pół godziny siedzimy już u mojej mamy.

Pani Jadwiga tylko kiwa głową ze współczuciem, głaszcze wnuczkę po plecach.

Taka malutka, a już tyle tego świństwa przyjęła… To szaleństwo przecież dla organizmu, posadziła Justynkę na kolanach, a mała od razu wtuliła się w babcię. Smutno patrzeć.

Ja bym chętnie dawno odstawiła te tabletki, Asia opiera się o krawędź fotela, splata ręce. Ale co zrobić… ta alergia nas wykańcza. Usunęliśmy już wszystko, dosłownie wszystko z jej diety. Tylko podstawowe produkty, a i tak wysypka.

Co lekarze mówią? pyta babcia.

Sami nie wiedzą. Nie mogą namierzyć przyczyny. Badania, alergotesty, diagnostyka a i tak efekt jest na jej policzkach, Asia wzrusza ramionami.

Mama poprawia Justynce kołnierzyk.

Może to przejdzie z czasem. U dzieci często znika, tylko trzeba przeczekać… Ale póki co ciężko na coś liczyć.

Patrzę na moją córkę. Taka drobna, delikatna, te duże oczy patrzą serio. Przeglądam w pamięci swoje dzieciństwo jak biegałem do kuchni po drożdżówki, które mama piekła w soboty, jak wyżerałem jej powidła łyżką prosto ze słoika, jak błagałem o landrynki. A Justynka… Ugotowane warzywa, gotowane mięso, woda. Żadnych owoców, słodyczy, żadnej normalnej dziecięcej przyjemności. Cztery lata i dieta gorsza niż dla kogoś ciężko chorego.

Już nie wiem, co jeszcze wykluczyć, mruczę pod nosem. W jej jadłospisie prawie już nic nie zostało.

W drodze powrotnej cisza. Mała przysypia na tylnym siedzeniu, ja co chwilę spoglądam za siebie, żeby się upewnić, czy nie drapie policzków. Przynajmniej teraz śpi spokojnie.

Mama dzwoniła, zaczęła Asia. Wzięła bilety do teatru lalek, chce zabrać Justynkę w przyszły weekend.

Do teatru? przełączam bieg. Super. Przyda się jej trochę rozrywki.

Dokładnie. Może choć na chwilę odetchnie.

W sobotę podjechałem pod dom teściowej. Wyciągam Justynkę z fotelika rozespana, pociera oczy piąstkami. Odpaliłem ją na swoje ręce, wtuliła się w szyję taka malutka, ciepła, jak wróbelek. Pani Teresa wypłynęła na ganek w pstrokatej halce, wzniosła ręce jakby zobaczyła rozbitka, nie wnuczkę.

Och, Justynko, moje słoneczko, zgarnęła ją w ramiona, mocno przytuliła. Bladziutka, wychudzona. Dziecku trzeba jeść dawać, nie głodzić!

Schowałem ręce do kieszeni, walcząc ze złością. Za każdym razem w kółko to samo

Przecież to wszystko dla jej dobra, próbuję wyjaśniać. Nie mamy wyboru.

Jakie tam dobro! kręci głową. Kości i skóra. Gizd ją już zniszczyliście tymi dietami.

Wniosła Justynkę do domu, nawet się nie obejrzała. Zostałem na dworze, a podskórnie zaczęło mnie coś gryźć jakaś myśl, cień podejrzenia, nieuchwytna jeszcze. Chwilę postałem, popatrzyłem na ten niby-obcy dom i kieruję się do auta.

Weekend bez dziecka dziwna sprawa. W sobotę pojechaliśmy z Asią do Biedronki, włóczyliśmy się z wózkiem po sklepie, kupując zapasy na cały tydzień. W domu naprawiałem cieknący kran w łazience, Asia przetrząsała szafę i wywalała stare ciuchy. Niby normalna domowa krzątanina, ale bez dziecięcego śmiechu mieszkanie wydawało się ciche i dziwnie puste.

Wieczorem zamówiliśmy pizzę tą z mozzarellą i bazylią, której Justynka nie może jeść. Otworzyliśmy butelkę czerwonego wina. Siedzieliśmy i gadaliśmy o byle czym, jak za dawnych czasów. O pracy, urlopie, remontach i codziennych sprawach.

Jak dobrze tak po prostu… rzuca Asia, nagle milknie i gryzie się w wargę. No wiesz, spokojnie, cicho.

Wiem, kładę jej dłoń na ręce. Tęż tęsknię. Ale chwila luzu też nam się należy.

W niedzielę pojechałem odebrać Justynkę pod wieczór. Słońce zachodziło, oblewając stary dom za jabłoniami ciepłym, pomarańczowym światłem.

Ruszam w stronę domu, otwieram bramkę skrzypnęła. I nagle zamieram w pół kroku.

Na schodkach siedzi moja córka. Obok pani Teresa, uśmiechnięta od ucha do ucha, rozanielona. W rękach trzyma ciastko duże, pachnące, jeszcze ciepłe, lśniące od masła. Justynka je konsumuje z prawdziwą rozkoszą. Jej policzki całe umazane, na brodzie okruchy, oczy rozświetlone szczęściem dawno już nie widziałem jej tak radosnej.

Parę sekund tylko patrzę. Potem czuję, jak we mnie coś kipieć zaczyna…

Podchodzę szybkim krokiem, praktycznie wyrywam ciastko z rąk teściowej.

CO TO MA BYĆ?!

Pani Teresa aż się wzdrygnęła, poczerwieniała aż po czubek głowy.

Machając rękami próbuje się tłumaczyć:

Ale to tylko kawałeczek, malutki! Przecież to nic się nie stanie, to tylko ciastko

Nie słuchałem już. Wziąłem Justynkę na ręce natychmiast się przestraszyła, wczepiła w moją kurtkę. Idę z nią do auta, wkładam do fotelika, zapinam pasy ręce mi się trzęsą ze zdenerwowania. Justynka patrzy wielkimi oczami, zaraz się rozpłacze.

Wszystko OK, kochanie głaszczę ją po głowie, staram się brzmieć spokojnie. Posiedzisz chwilkę, tata zaraz wróci.

Otwieram drzwi auta, wracam do domu. Pani Teresa wciąż na ganku, miętosi w palcach rąbek halki, blada jak ściana.

Darek, ty nie rozumiesz

Nie rozumiem?! podchodzę, już pękam. Pół roku! Pół roku badań i stresu! Testy na alergie, analizy, wieczne wizyty u lekarzy wiesz ile to kosztowało i nerwów nas kosztowało?!

Ja chciałam dobrze

Dobrze?! zbliżam się bardziej. Trzymaliśmy ją na wodzie i gotowanym kurczaku! Usunęliśmy dosłownie wszystko z diety! A ty po kryjomu wciskasz jej smażone ciastka?!

Chciałam wzmocnić jej odporność! wybucha Po trochu dawałam, żeby się przyzwyczaiła! Gdybyśmy jeszcze trochę poczekali, byłoby lepiej dzięki mnie! Ja swoje wiem, wychowałam troje dzieci!

Patrzę na nią i nie wierzę. Kobieta, dla której znosiłem wiele dla świętego spokoju w rodzinie narażała zdrowie mojej córki, sądząc, że wie lepiej niż lekarze.

Troje dzieci… powtarzam cicho, a ona blednie. Ale Justynka jest moją córką, nie twoją. I więcej jej nie zobaczysz.

Co?! złapała się za poręcz. Nie możesz mi zakazać!

Mogę.

Odwracam się, idę do samochodu. Za plecami gardłowy krzyk. Nie oglądam się. Odpalam silnik, ruszam. W lusterku widzę, jak wybiegła za bramę, macha rozpaczliwie ramionami. Przyspieszam.

W domu Asia czekała w przedpokoju. Wystarczyło jej jedno spojrzenie na moją twarz i zapłakaną Justynkę, by zrozumieć, co się wydarzyło.

Co się stało?

Opowiedziałem krótko, konkretnie. Wszystkie emocje i tak już wylałem tam, na podwórku. Asia słuchała, z każdym zdaniem robiła się coraz zimniejsza. Potem wyjęła telefon.

Mama? Tak, Darek mi powiedział. Jak mogłaś coś takiego zrobić?!

Zabrałem Justynkę do łazienki, żeby zmyć resztki ciastka i łzy. Za drzwiami słyszałem głos Asi stanowczy, obcy, jak nigdy. Na koniec padło: Póki nie rozwiążemy tej alergii, Justynki nie zobaczysz.

Minęły dwa miesiące

Niedzielny obiad u babci Jadwigi stał się już naszą nową tradycją. Dziś na stole biszkopt z kremem i świeżą truskawką. Justynka pałaszuje go spod warstwy bitej śmietany, ugotowana po uszy. Policzki zdrowe i czyste.

Nigdy bym nie pomyślała, kręci głową babcia. Olej słonecznikowy. Coś tak rzadkiego…

Lekarz mówił, że raz na tysiąc przypadków się zdarza, Asia smaruje sobie chleb prawdziwym masłem. Jak przeszliśmy na oliwę z oliwek, po dwóch tygodniach zniknęła wysypka.

Patrzę na Justynkę, nie mogę się napatrzeć. Zdrowe, różowe policzki, błyszczące oczy, nos w kremie. Szczęśliwe dziecko, które w końcu może jeść ciasteczka, torty wszystko, co tylko nie z olejem słonecznikowym. Wbrew pozorom takich rzeczy jest mnóstwo.

Z teściową mamy chłodne relacje. Dzwoniła, przepraszała, płakała do słuchawki. Asia odpowiada krótko i rzeczowo, ja w ogóle nie rozmawiam.

Justynka sięga po kolejną porcję ciasta, babcia przesuwa jej talerzyk.

Jedz, kochanie. Jedz i bądź zdrowa.

Odstawiam się wygodnie na krzesło. Za oknem pada, ale w domu ciepło, cudnie pachnie świeżym ciastem. Moja córka wreszcie jest zdrowa. A cała reszta naprawdę już nie ma znaczenia.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

1 × pięć =

Ja wiem lepiej – Co to znowu jest… – westchnął zmęczony Michał, kucając przed córeczką i wpatrują…