— Skocz do pani Basi po szklankę cukru — rzuciła babcia, nie odrywając wzroku od garnka z rosołem.
Miałem wtedy dwanaście lat i mieszkaliśmy na Sielance, w tej części Radomia, gdzie bloki z wielkiej płyty stoją tak blisko siebie, że słychać, jak sąsiad zza ściany kłóci się z żoną o pilota. Zirytowało mnie to polecenie, bo dwie godziny wcześniej sam wsypywałem cukier do herbaty ze świeżo otwartej torebki. Stała w kredensie, obok drugiej, jeszcze nierozpakowanej.
Poszedłem, bo się nie kłóciłem z babcią, ale burczałem pod nosem przez całą klatkę schodową. Winda znowu nie działała, więc schodziłem piętro niżej, licząc stopnie i zastanawiając się, czemu w ogóle mam fatygować się po coś, czego mamy pod dostatkiem.
Pani Basia otworzyła drzwi w rozciągniętym swetrze, z rękami czerwonymi od zmywania. Za nią, w głębi mieszkania, telewizor pokazywał akurat prognozę pogody, zapowiadano przymrozki na weekend. Na wycieraczce leżał but bez sznurówki, mały, dziecięcy, sam nie wiem czemu to zapamiętałem.
Kiedy powiedziałem, po co przyszedłem, coś się w niej odblokowało. Twarz jakby jej rozjaśniało od środka. Zniknęła w kuchni i wróciła po chwili z pełną szklanką, sypaną z górką, aż musiała przytrzymać dłonią, żeby nic się nie wysypało po drodze.
— Podziękuj babci — powiedziała i jeszcze przez moment stała w progu, jakby chciała, żebym wiedział, że to ona teraz komuś pomogła, a nie odwrotnie.
Wróciłem, postawiłem szklankę na stole głośniej, niż trzeba, i od razu spytałem:
— Po co mnie tam wysyłałaś? Mamy przecież cukier.
Babcia zdjęła garnek z gazu, otarła ręce w fartuch i usiadła naprzeciwko mnie przy stole.
— Pan Zenek stracił pracę w zakładach trzy miesiące temu — zaczęła. — Basia od tamtej pory trzy razy przychodziła tu po mąkę, po makaron, raz nawet po pieluchy dla najmłodszej. Za każdym razem stała w progu i nie mogła wykrztusić słowa ze wstydu.
Zamilkła na moment, poprawiła sobie chusteczkę na głowie.
— Więc czasem ja idę do niej. Po coś, czego wcale nie potrzebuję. Żeby nie czuła, że tylko bierze. Bo jak człowiekowi zabierzesz resztki godności, to on prędzej odetnie sobie prąd i będzie siedział po ciemku, niż jeszcze raz zapuka do twoich drzwi.
Milczałem, wodząc palcem po brzegu szklanki. Wtedy zauważyłem, że babcia nie dosypała sobie cukru do swojej herbaty, choć zawsze brała dwie łyżeczki. Zamieszała pustą łyżeczką, jakby z przyzwyczajenia, i odstawiła kubek.
— A nasz cukier? — zapytałem. — Ten z kredensu?
— Skończył się wczoraj wieczorem. Ta druga paczka to mąka, przesypana do starego opakowania, żebyś się nie czepiał, że oszczędzam.
Popatrzyłem na nią, a potem na szklankę, która stała między nami, sypana z górką, trochę przekrzywiona, jakby zaraz miała się przesypać na obrus. Nie powiedziałem nic. Wziąłem łyżeczkę, nabrałem trochę cukru z tej szklanki i wsypałem babci do herbaty.
Zamieszała, upiła łyk i pierwszy raz tego wieczoru się uśmiechnęła, tak zwyczajnie, jakby nic wcześniej nie powiedziała.
W poniedziałek, wracając ze szkoły, kupiłem po drodze małą paczkę cukru za swoje kieszonkowe. Nie powiedziałem babci, po co. Zaniosłem ją prosto do pani Basi, powiedziałem, że babcia przypomniała sobie, że jest jej winna, i uciekłem, zanim zdążyła cokolwiek odpowiedzieć.



