Idę do młodej! ogłosił dziadek sześćdziesięciopięcioletni, pakując walizkę. Po godzinie wrócił zapłakany.
Idę do młodej! oświadczył Stanisław Wiktorowicz, usiłując wcisnąć do walizki swoją ulubioną pledową kołdrę, która uparcie nie chciała się zmieścić.
Mówił to z takim patosem, jakby ogłaszał wyprawę na Marsa lub odkrycie nowego kontynentu. Głośno, z wyraźnym oczekiwaniem efektu bomby atomowej.
Tyle że bomba nie wybuchła, nawet nie zasyczała.
Jego żona, Krystyna, stała przy desce do prasowania i miarowo przeciągała żelazkiem po jego białej koszuli od garnituru. Para syczała, burząc spokój ich kawalerki w Warszawie.
Słyszę cię, Staszek odpowiedziała rzeczowo, nie podnosząc wzroku. Bieliznę termiczną spakowałeś? Jest listopad, twoja młoda to ci pleców nie nagrzeje.
Stanisław znieruchomiał, a ręka ściskająca skarpetkę zatrzymała się w powietrzu. Oczekiwał wszystkiego: klęski talerzy, ataku serca, błagań o zostanie, gróźb zadzwonienia do córki.
A tu takie zwykłe pytanie o gacie.
Co gacie mają do rzeczy, Kryśka?! zawył, czując jak twarz robi mu się czerwona. Ja tu o miłości, nowym życiu, o… renesansie!
W końcu upchnął pled, klapnął na walizkę całym ciężarem i szarpnął suwak. Walizka zaskrzypiała żałośnie, jak jego kolana, ale się zamknęła.
A ty mi o termicznej bieliźnie! Jesteś taka przyziemna, taka nudna! sapnął. A tam! Tam jest wolność! Energia!
Jak się chociaż nazywa ta twoja energia? Krystyna powiesiła koszulę na wieszaku i podała mu ją z poważną miną. Czy to znowu tylko Kotka w kontaktach na telefonie?
Ma na imię Dobrosława! wypiął pierś Staszek, łapiąc ubranie. I nie jest zwykłą kobietą, jest moją muzą!
Krystyna się uśmiechnęła pod nosem, wiedząc, że jedyną poezją ukochanego są toast’y na urodzinach znajomych.
Dobrosława, ładnie brzmi. A ile twoja muza ma lat?
Dwadzieścia osiem! rzucił Stanisław wyzywająco.
Krystyna na chwilę odłożyła żelazko i spojrzała na niego tak, jak człowiek patrzy na stary kredens po kolejnej awarii drzwiczek.
Staszku powiedziała cicho, z nutą żelaza w głosie masz sześćdziesiąt pięć lat. Po godzinie na sedesie znowu cię łapie kręgosłup, masz dietę wątrobową.
I co z tego? wzburzył się. Z młodą będę podróżował, spacerował pod księżycem, delektował się życiem! Jeszcze pokażę!
Poprawił walizkę, usiłując ją podnieść. Była ciężka i plecy znowu zabolały. Staszek skrzywił się, ale postanowił nie okazywać słabości.
Tylko nie zapomnij lekarstw, amancie rzuciła Krystyna, wracając do prasowania. Są w górnej szufladzie komody. I maść na stawy.
Nie potrzebuję żadnych leków! skłamał, choć serce już łomotało. Przy niej czuję się na trzydzieści! Dobrze, Krystyna. Żegnaj. Mieszkanie zostawiam tobie, jestem szlachetny.
No to dziękuję, opiekunie rodziny skinęła głową. Zostaw klucze na komodzie. I wyrzuć śmieci po drodze, skoro idziesz.
To go dobiło. Bez dramatu, bez płaczu, tylko wyrzuć śmieci.
Podniósł worek, dumnie podniósł podbródek i wyszedł na klatkę schodową. Drzwi zamknęły się za nim cicho.
Na klatce schodowej pachniało starym kotem i smażonym kotletem od sąsiadki. Walizka ciążyła, krzyż bolał, a w kieszeni zawibrował telefon.
To pewnie Dobrosława, czeka na rycerza.
Staszek wyjął smartfona wiadomość: Kochany, długo jeszcze? Zarezerwowałam nam stolik. Tylko taka sprawa.
Czyta dalej: Muszę szybko przelać pięć tysięcy złotych mamie na lekarstwa, a mam limit. Przelej mi proszę, oddam przy spotkaniu!
Stanisław zmarszczył brwi. Pięć tysięcy. Wczoraj były trzy na taksówkę, przedwczoraj dwa na internet, tydzień temu dziesięć na kursy inspiracji.
Przyjechała winda. Stanisław wtachał walizkę, nacisnął Parter. W lustrze zobaczył sędziwego pana w kaszkiecie, z czerwoną twarzą.
Idę do młodej powtórzył w myślach, ale słowa straciły blask.
Padał mżawka, zimny listopadowy wiatr zrywał ostatnie liście. Wlecze walizkę na przystanek Dobrosława mieszka na Białołęce, w apartamentowcu.
Usiadł na mokrej ławce i zaczął przelewać pieniądze. Palce zziębnięte odmawiały posłuszeństwa. W aplikacji: saldo 4800, emerytura za tydzień.
Cholera jasna westchnął.
Wpisał: Dobrosiu, słonko, mało mam na koncie. Przyjadę, przyniosę w gotówce, mam schowane.
Odpowiedź natychmiast: emotka z przewracającymi oczami. Potem: Stasiek, nie wygłupiaj się! Pożycz od kogoś! Jak mnie kochasz, znajdziesz sposób!
Stasiek. Jakby był sąsiedzkim kotem.
Coś mu się zaczęło nie podobać. Przypomniał sobie, że nigdy z Dobrosławą nie rozmawiał przez wideo. Zawsze kamera popsuta albo zły internet. Ale zdjęcia profilowe jak z okładki.
Zadzwonił długie sygnały, odrzuciła połączenie.
I wiadomość: Nie mogę rozmawiać, płaczę!
Siedział na przystanku, tuląc walizkę. Samochody pryskały błotem.
Zimno przenikało przez koszulę i jesienną kurtkę. Plecy paliły bólem.
Dobrosława powiedział półgłosem, próbując, jak brzmi imię. Plastikowo.
Telefon znowu zawibrował: No co z tym przelewem?! Jeśli nie nie przyjeżdżaj! Nie chcę faceta, który nie potrafi rozwiązać prostej sprawy!
Gapił się w ekran. Litery się rozmazywały.
Przypomniała mu się Krystyna. Jak wczoraj posmarowała mu plecy maścią, gdy go przyblokowało. Jak gotowała parowe pulpety, których nie cierpiał, ale jadł, bo wątroba już nie ta.
Jak znała miejsce każdej pojedynczej skarpetki.
Nie chcę faceta
Wyobraził sobie siebie na kanapie u Dobrosławy. Obcy zapach, obce zwyczaje. Nieustannie być oho-ho, płacić, płacić, płacić za młodość.
A jak go tam dopadnie atak kręgosłupa? Czy posmaruje plecy? Czy skrzywi się z obrzydzeniem i wyjdzie do drugiego pokoju?
Powoli wstał, kolana chrupały jak suche gałęzie. Zobaczył autobus jadący na Białołękę. Zatrzymał się, ale nie wsiadł.
Odjechał autobus, obleciawszy go spalinami.
Jeszcze chwilę stał na pustej ulicy. Potem obrócił się, złapał ciężką walizkę i ruszył z powrotem. Do domu.
Droga powrotna dłużyła się niemiłosiernie. Winda nie działała standard. Targał walizkę na trzecie piętro.
Na każdym półpiętrze przystawał, łapał oddech, wycierał czoło. Serce tłukło już nie z miłości, tylko z arytmii.
Stanął pod własnymi drzwiami, postawił walizkę i zadzwonił. Cisza. Nikt nie otwiera.
Ogarnęła go fala paniki. Może naprawdę się obraziła? Może już zmieniła zamki?
Przecież klucze zostawił jak frajer na szafce! Nacisnął raz jeszcze, długo i stanowczo.
Krysia! zawołał chrapliwie. Krystyna, otwórz!
Zatrzasnął się zamek, drzwi powoli się otworzyły. W progu stała Krystyna, spokojna, w szlafroku.
Stanisław stał na progu cały przemoczony, brudny, kaszkiet w ręku. Po policzkach płynęły łzy.
Szczere, gorzkie łzy na swoją głupotę, na starość, która nie przynosi mądrości, tylko złudzenia.
Ja zaczął i zaciął się. Wiesz Ten autobus I ten deszcz I pomyślałem
Nie miał siły powiedzieć prawdy. Nie mógł się przyznać, że Dobrosława okazała się pusta i łasa na pieniądze. To zbyt upokarzające.
Krystyna spojrzała na niego, potem na walizkę i westchnęła.
Śmieci wyrzuciłeś? spytała.
Zerknął na dłoń. Worka brak.
Zapomniałem szepnął, spuszczając wzrok.
Krystyna pokręciła głową, odsunęła się od drzwi.
Wchodź już, Romeo. Herbata stygnie. I ręce umyj, cały błotem upaprany.
Wszedł do przedpokoju, wciągnął przeklętą walizę. Znany zapach mieszkania świeżość prania, lekka woń lekarstw.
Najlepszy zapach świata.
Staszek zdjął buty, przeszedł do łazienki. W lustrze zobaczył zmęczonego, starego człowieka. Otarł twarz zimną wodą, spłukując łzy i upokorzenie.
Kiedy wszedł do kuchni, Krystyna właśnie nalewała herbatę do jego ulubionego kubka. Na stole parowały pulpety.
Krysia wymamrotał, siadając. Wybacz mi. Staremu głupcowi. Diabeł podkusił.
Jedz odpowiedziała krótko, nie patrząc na niego. Zimne będzie.
Prawda. Jaka tam Dobrosława, jaka muza. Bez ciebie nawet nie wiem, gdzie polisa leży.
W segregatorze z dokumentami, w górnej szufladzie odpowiedziała automatycznie i usiadła naprzeciw. Staszek, proszę cię, nie rób z tego teatru po raz drugi. Wróciłeś, to się ciesz.
Żuł mielone, lepsze od najlepszych dań z restauracji.
Ta twoja Dobrosława odważył się skłamać, chcąc ratować twarz. Okazała się nie taka. Nawet pali, wyobrażasz sobie? Klęła się!
Krystyna zerknęła ponad okularami. W oczach migotały filuterne iskierki.
No proszę, co za tragedia powiedziała całkiem poważnie. Estetyka nie wytrzymała.
No jasne! Powiedziałem: Droga pani, język pani nie przystoi do wyglądu! A ona
Machnął ręką.
W sumie zrozumiałem, pomyłka. Duszno, pusto. Cały wszechświat pustki, Krysia.
Dobrze, że przejrzałeś na oczy na przystanku, nie w USC.
Podeszła do szafki i wyjęła tubkę maści. Położyła na stole.
Plecy napewno cię rozbolały od tej walizki?
Staszek poczerwieniał.
Trochę.
Rozbieraj się. Posmaruję.
Zrzucił koszulę, jęcząc. Poczuł znajome, silne ręce na łopatkach.
Piekło, ale to było dobre, leczące pieczenie.
Krysia mruknął do stołu.
Co?
Wiedziałaś, że wrócę?
Oczywiście.
Skąd?
Krysia klepnęła go lekko po zdrowym barku.
Bo nie wziąłeś bielizny, skarpet ani lekarstw.
Uśmiechnęła się delikatnie:
Za to wpakowałeś mój stary futrzany płaszcz. Prosiłam, żeby oddać do pralni chemicznej.
Staszek uniósł wzrok.
Płaszcz?
Płaszcz. Widziałam rano, jak go tam wciskałeś. Myślałeś, że nie zauważę? Bez okularów nic nie widzisz!
Zapanowała cisza. Stanisław musiał przetrawić. Miał wyruszyć w nowe życie z kocem i futrem żony.
Nagle parsknął śmiechem. Najpierw cicho, potem coraz głośniej. W końcu rozśmieszył też Krystynę.
Stary z ciebie cap powiedziała, bez gniewu. Dobra, podróżniku. Dokończ kotleta. Jutro na działkę. Trzeba znieść słoje do piwnicy. Tam ci fitnes i świeże powietrze.
Pojedziemy, Krysiu. Jasne, że pojedziemy wykrztusił Staszek, ocierając łzy.
Telefon znów zawibrował. Spojrzał. Dobrosława: Gdzie jesteś?? Mama umiera!! Prześlij chociaż tysiaka!!
Bez wahania nacisnął blokuj, potem usuń rozmowę. Odłożył telefon ekranem do stołu.
Krysia, a może te słoje niech sobie poczekają? spytał, patrząc na nią z nowym błyskiem w oku. Może rzucimy grilla? Zamarynuję mięso. Z cebulą, jak lubisz.
Krystyna podniosła brew. To był szok Staszek od grillowania trzymał się z daleka od dekady.
Grill? A wątroba?
Do diabła z wątrobą. Raz się żyje.
Wziął jej dłoń szorstką, silną i niezgrabnie, ale szczerze ucałował.
Dzięki, że otworzyłaś drzwi, Krysia.
Odsunęła rękę, delikatnie.
Jedz, Don Juanie. Bo wszystko wystygnie.
Za oknem lało coraz mocniej, wiatr targał gałęziami, ale w kuchni było ciepło i jasno. Na krześle wisiała odświętna koszula, pachniało maścią i herbatą.
To był najpiękniejszy zapach świata.
Staszek patrzył na żonę i myślał, że dwadzieścia osiem lat to jest coś.
Ale kto jeszcze wie, że możesz przez pomyłkę spakować do walizki cudze futro, a i tak cię wpuszczą z powrotem do domu?
Krysia odezwał się jeszcze.
No?
Płaszcz muszę naprawdę oddać do pralni. Jutro się zajmę.
Dobrze. Ale najpierw rozpakuj walizkę i wyjmij koc. Marzną mi nogi.
Staszek skinął głową i z apetytem nadgryzł kotleta.
Życie płynęło dalej. I, do licha, wcale nie było takie złe.
