Kotek spod range rovera na Poznańskiej

Beata Wróblewska ma czterdzieści dziewięć lat i od jedenastu pracuje w księgowości spółdzielni mieszkaniowej przy ulicy Poznańskiej w Gdańsku. Tego dnia wyszła z bloku kwadrans przed siódmą, bo autobus numer sto pięćdziesiąt cztery jeździ rzadko, a spóźnić się nie chciała. Mgła leżała nisko, taka wrześniowa, wilgotna, pachniało mokrym liściem kasztanowca i czyimś śniadaniem — smażoną kiełbasą przez uchylone okno na parterze.

Pisnęło coś spod zaparkowanego range rovera sąsiada z trzeciego piętra, pana Krzysztofa. Cichutko, urywanie. Beata przystanęła, bo najpierw pomyślała, że to alarm samochodowy się rozładowuje. Kucnęła przy błotniku i zobaczyła w kurzu, między oponą a krawężnikiem, coś pomarańczowego. Malutkie. Dwoje ogromnych oczu patrzyło na nią tak, jakby czekały tam od godzin.

Żadnej matki w pobliżu, żadnego rodzeństwa. Kotek trząsł się z zimna, a gdy wyciągnęła rękę, nie uciekł — wszedł jej prosto na dłoń.

Do pracy zadzwoniła, że spóźni się o pół godziny. Pani Grażyna z kadr nawet nie spytała dlaczego — Beata jest tam osobą, która nigdy się nie spóźnia. Wróciła do mieszkania, owinęła kotka w stary ręcznik po kąpielowym zestawie, który dostała od siostrzenicy na Boże Narodzenie i nigdy nie używała, bo był za miękki na ręce po zmywaniu. Nalała mleka do spodeczka, potem sobie przypomniała, że kotom nie wolno mleka krowiego, i zmieniła na wodę z odrobiną gotowanego kurczaka z wczorajszego rosołu.

Kotek zasnął jej na kolanach, zanim zdążyła dopić kawę, która i tak już wystygła. Do pracy poszła spóźniona czterdzieści minut, z kotkiem zamkniętym bezpiecznie w łazience na starym swetrze. Sąsiadka z parteru, pani Ilona, zobaczyła ją przez okno i zawołała, żeby uważała, bo pod blokiem podobno kręci się bezdomny, agresywny kocur — może to jego młode, i podobno już raz podrapał czyjegoś psa na spacerniku. Beata podziękowała i pomyślała, że nieważne, czyje młode, ważne, że teraz jest bezpieczne. Zamknęła okno w łazience na klamkę, na wszelki wypadek, i dopiero potem poszła do pracy.

Wieczorem, gdy wróciła, kotek siedział przy drzwiach łazienki i miauczał. Nazwała go Pomarańcz, bez fantazji, po prostu tak, jak go zobaczyła pierwszy raz w kurzu przy oponie.

Trzeciego dnia zadzwoniła córka Beaty, Marta, która mieszka w Sopocie i studiuje weterynarię na trzecim roku. Powiedziała, że mama powinna zabrać kotka na badania, bo bezdomne zwierzęta miewają pasożyty, czasem coś poważniejszego. Umówiły się na sobotę w lecznicy przy ulicy Grunwaldzkiej.

W poczekalni lekarz weterynarii, młody mężczyzna nazwiskiem Kowalczyk, zbadał kotka, zmarszczył brwi i powiedział, że temperatura jest podwyższona, a brzuszek twardy — trzeba zrobić badanie krwi, bo przy tak małych kociętach infekcja może rozwinąć się w kilkanaście godzin. Zostawili Pomarańcza na obserwację. Beata wróciła do pustego mieszkania, do miski, którą kupiła dzień wcześniej, i nie potrafiła usiedzieć przy fakturach spółdzielni, choć termin ich oddania mijał w poniedziałek. O dwudziestej drugiej zadzwoniła do lecznicy — dyżurna powiedziała tylko, że kotek dostał kroplówkę i że rano będzie wiadomo więcej.

Rano lekarz Kowalczyk powiedział, że to zwykłe odwodnienie i lekkie zapalenie jelit po zjedzeniu czegoś ze śmietnika przy parkingu, nic, czego nie wyleczy tydzień antybiotyku. Wizyta z kroplówką, badaniem krwi i lekami kosztowała trzysta dziewięćdziesiąt złotych. Beata zapłaciła kartą, która odmówiła za pierwszym razem — konto miała puste do przelewu pensji, umówiony na piątek. Pożyczyła od Marty dwieście złotych, obiecując oddać w następnym tygodniu, i po raz pierwszy od dawna liczyła w głowie, ile jeszcze zostało jej do końca miesiąca na jedzenie.

Minęły dwa tygodnie. Pomarańcz wracał do siebie, urósł, nauczył się skakać na parapet i budzić Beatę o piątej rano, siadając jej na klatce piersiowej. Pewnego wieczoru, gdy Beata siedziała przy stole z fakturami spółdzielni, kotek wskoczył na dokumenty i położył się dokładnie na kolumnie z sumami.

Zadzwonił telefon — pan Krzysztof z trzeciego piętra, właściciel range rovera. Powiedział, że słyszał od pani Ilony o kotku i o tym bezdomnym kocurze, który wciąż kręci się koło śmietników, i że to prawdopodobnie on, wracając z delegacji, przywiózł kotka pod samochodem z parkingu przy hurtowni na obrzeżach miasta. Ale zaraz dodał coś, czego Beata się nie spodziewała: że skoro to jego auto, to może on powinien wziąć kotka do siebie, bo ma większe mieszkanie, ogród przy garażu, a Beata przecież pracuje cały dzień. Powiedział to niby żartem, ale powtórzył dwa razy, i Beata usłyszała w tym coś więcej niż uprzejmość.

— Panie Krzysztofie — powiedziała, patrząc na kotka śpiącego na kolumnie z sumami — on nie był pod pana samochodem przez przypadek. On tam był, bo akurat ja szłam tamtędy o siódmej rano, a nie o ósmej czy dziewiątej. Gdyby czekał na pana, czekałby jeszcze długo, bo pan wyjeżdża z garażu podziemnego, a nie tą stroną chodnika.

Po drugiej stronie słuchawki było cicho.

— Rozumiem — powiedział w końcu Krzysztof. — Głupio wyszło. Przepraszam, że w ogóle zapytałem.

— Może pan dołożyć się do rachunku od weterynarza, skoro to pana auto go przywiozło spod hurtowni — powiedziała Beata. — Trzysta dziewięćdziesiąt złotych, plus sto sześćdziesiąt za pierwszą wizytę.

Zapadła krótsza cisza, potem Krzysztof zgodził się bez dalszej dyskusji.

Odłożyła telefon i spojrzała na kotka, który akurat otworzył jedno oko, sprawdził, czy ona wciąż tam siedzi, po czym zamknął je z powrotem i zasnął dalej na kolumnie z sumami, które i tak trzeba było przepisać od nowa.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

7 + 10 =

Kotek spod range rovera na Poznańskiej