Beata Wrzosek szła tego ranka do przychodni jak co dzień, dziesięć po siódmej, z kubkiem kawy z termosu w jednej ręce i kluczami od gabinetu w drugiej. Na Kwiatowej pachniało mokrym asfaltem po nocnym deszczu, a z bloku obok dobiegał zapach smażonych jajek — ktoś miał otwarte okno na trzecim piętrze. Beata pracuje jako pielęgniarka na nocnej zmianie od jedenastu lat i zwykle o tej porze marzy tylko o łóżku, nie o przystankach po drodze.
Zatrzymała się przez piszczenie. Cichutkie, urywane, dobiegające spod zaparkowanego czerwonego fiata panda sąsiada z klatki obok. Kucnęła, choć kolana już nie te, i zajrzała między koła. Tam, w kurzu i resztkach liści, siedział rudy kociak, może sześciotygodniowy, z oczami większymi niż cała jego głowa.
Rozejrzała się — żadnej kotki w pobliżu, żadnego rodzeństwa. Sam, przemarznięty, drżący na tylnych łapkach. Wyciągnęła rękę, spodziewając się, że zwierzak ucieknie w głąb podwozia. Kociak się nie ruszył. Wszedł jej wprost na dłoń, jakby czekał tam od godzin właśnie na kogoś takiego.
— No i co ja z tobą zrobię — powiedziała na głos, chociaż nikt jej nie słuchał, tylko sąsiad wyprowadzający psa zerknął znad żywopłotu.
Zawinęła kociaka w szalik, ten sam, który miała na sobie, i zamiast do przychodni skręciła do domu. W kuchni postawiła miseczkę z wodą, podgrzała stary koc na kaloryferze, choć było wrzesień i grzejniki jeszcze nie chodziły — musiała wpiąć suszarkę na chwilę, żeby koc był ciepły. Kociak wypił parę kropel i zasnął jej w dłoniach, zanim zdążyła wybrać dla niego imię.
Zadzwoniła do przychodni, że spóźni się pół godziny. Nie wytłumaczyła dlaczego, bo sama jeszcze nie wiedziała, ile to potrwa.
Po dwóch godzinach kociak zaczął dygotać. Nie tak jak wcześniej, kiedy trząsł się z zimna pod fiatem — teraz drgawki przechodziły przez całe ciałko, łapki sztywniały, a z pyszczka nie wydobywał się już żaden dźwięk. Beata złapała go oburącz, przyłożyła ucho do klatki piersiowej. Oddech był, ale płytki, urywany jak nitka, która zaraz się urwie.
Zadzwoniła do lecznicy przy Gdańskiej — zamknięte do dziewiątej. Do drugiej, przy Toruńskiej — telefon nie odbierał. Owinęła kociaka w ten sam koc, wsadziła za pazuchę kurtki, żeby miał ciepło od jej ciała, i wybiegła na klatkę schodową, bo w mieszkaniu nagle zabrakło powietrza.
Na schodach wpadła na panią Halinę z parteru, tę samą, która miała przynieść później kurczaka. Kobieta zobaczyła twarz Beaty i nie zadawała pytań — tylko chwyciła klucze do swojego starego opla, zaparkowanego pod klatką od dwóch lat, bo od dwóch lat pani Halina nie miała odwagi jeździć po zawale. Tego dnia pojechała.
W lecznicy przy Toruńskiej, gdzie w końcu je wpuszczono, weterynarz zważył kociaka, obejrzał dziąsła, powiedział słowo „hipoglikemia" i „wychłodzenie" jednym tchem, i kazał czekać na korytarzu. Beata siedziała na plastikowym krześle, ściskając pusty szalik, który przed chwilą jeszcze pachniał kotem. Pani Halina trzymała ją za rękaw kurtki, bo Beata bez przerwy wstawała i siadała z powrotem.
Po czterdziestu minutach drzwi gabinetu się otworzyły. Weterynarz niósł kociaka owiniętego w folię termiczną, z kroplówką grubości zapałki wpiętą w łapkę.
— Cukier mu podniosłem, temperaturę też. Jak pani go tak szybko znalazła i przywiozła, to ma szansę. Jeszcze dwie, trzy godziny pod fiatem i by nie było czego ratować.
Beata wzięła go na ręce ostrożnie, jakby trzymała coś, co w każdej chwili mogło się rozsypać. Kociak otworzył oczy, te same, za duże jak na swoją głowę, i po raz pierwszy od rana zamiauczał głośno, wyraźnie, jakby chciał się poskarżyć na cały ten poranek.
W domu, kiedy już go nakarmiła mlekiem dla kociąt kupionym w drodze powrotnej i ułożyła w pudełku po butach wyłożonym ręcznikiem, zadzwoniła w końcu do przychodni. Powiedziała pielęgniarce oddziałowej, że nie przyjdzie w ogóle, że weźmie dzień na żądanie, i że owszem, jest zdrowa, tylko akurat ma na kolanach coś, czego nie może zostawić samego.
Pani Halina wróciła po godzinie z gotowanym kurczakiem bez przypraw, „na wszelki wypadek", i usiadła przy pudełku, obserwując, jak kociak, którego Beata nazwała Rudy, bo nic bardziej oryginalnego nie przyszło jej do głowy tego dnia, próbuje utrzymać się na czterech łapach.
— Silny jest — powiedziała pani Halina.
— Musiał być — odpowiedziała Beata, poprawiając mu ręcznik pod brzuchem. — Inaczej by tu nie doczekał.



