Dokładnie 12 lat temu mój syn związał się z rozwódką, która miała z tego pierwszego małżeństwa dziecko, a dokładnie syna. To był uroczy chłopiec, miał na imię Janek. Od samego początku traktowałam go jak wnuka, a nie jak obce dziecko. Nigdy potem też nie robiłam jakiś podziałów i nie twierdziłam, że ten wnuk jest „mój”, a drugi „obcy”, absolutnie – naprawdę od samego początku bardzo zżyłam się z Jankiem. Ze wszystkich sił starałam się pomóc synowi i jego rodzinie, zarówno poprzez dawanie ich pieniędzy, jak i poprzez opiekę nad wnukami, aby od czasu do czasu mogli pobyć sam na sam i odpocząć od codzienności. Z synową nie byłam jakoś bardzo blisko, na pewno nie mogę powiedzieć, że byłyśmy sobie jak przyjaciółki. Za to potrafiłyśmy się dogadać, jeśli trzeba było i nie rzucałyśmy w siebie piorunami, gdy się tylko widziałyśmy. Ot, normalna atmosfera.
Rok temu Janek ożenił się, ale niestety – ja i syn nie byliśmy zaproszeni ani na ślub, ani na wesele. A dlaczego? Bo – jak powiedziała synowa – na ślubie mieli być tylko członkowie rodziny. A my to niby kto, nie rodzina? Jak jednak widać, dla nich nie byliśmy nikim bliskim, tylko jakimiś obcymi ludźmi. Dobrze, jeszcze mnie możnaby tak potraktować, ale mojego syna, który od samego początku był jak ojciec dla Janka, a dla jego matki stał się ukochanym mężem? Kompletnie tego nie rozumiem. Tym bardziej nie wiem, jak mogli w ten ważny dzień mogli zaprosić ojca Janka, który całe życie się nim nie interesował. Syn widać było, że cierpi i że ta niesprawiedliwość po prostu go poruszyła, ale mimo tego schował dumę do kieszeni i nie zrobił ani żonie, ani Jankowi żadnej awantury czy nawet nie wydobył z siebie ani jednej pretensji.
Dwa miesiące po ślubie Janka odziedziczyłam po siostrze przestronne mieszkanie w centrum miasta. Chorowała na raka, nie miała nikogo poza mną, więc to na mnie przepisała to, co miała. Od razu wynajęłam to mieszkanie, ponieważ uznałam, że szkoda, aby stało puste, a tak to dorobię sobie trochę pieniędzy do mojej marnej emerytury. W zasadzie już dzień później zadzwoniła do mnie wściekła synowa. Mówiła, że Janek ze swoją żoną spodziewają się dziecka i nie mają zbyt wielu pieniędzy, więc ani nie mogą kupić mieszkania, ani wynająć, więc powinnam się wstydzić. Według niej od razu powinnam podarować to mieszkanie wnukowi, aby ułatwić im życie. No tak, teraz jestem dla niego babcią, ale jeśli chodziło o ślub i wesele, to wtedy byłam dla niego obcą osobą? Bardzo ciekawe podejście, ale nie ze mną te numery!
Pewnie niektórzy napiszą mu tutaj, że nie ma co rozpamiętywać dawnych uraz, ale ja nie zamierzam wybaczać i iść na rękę komuś, kto mnie zupełnie nie szanuje. Szczerze mówiąc to najbardziej dziwię się synowi, że po czymś takim żyje z tak bezczelną kobietą i pomaga chłopakowi, który nie potrafił przeciwstawić się swojej wrednej matce.



