Nocny sekretarz Szarlotka

Gdyby ktoś dwadzieścia lat temu powiedział Klaudiuszowi Nowickiemu, że jego los odmieni rudy kot z podwórka przy ulicy Bednarskiej w Lublinie — roześmiałby się i wrócił do przepisywania akt. Klaudiusz był najmłodszym z trzech pomocników w kancelarii mecenasa Wrzesińskiego, choć „pomocnik” to zbyt szlachetne słowo. Chłopiec na posyłki, kopista, człowiek od kserowania ton dokumentów i parzenia herbaty, która i tak zawsze wychodziła za słaba.

Miał trzydzieści siedem lat, pokój w kamienicy bez windy i pensję, o której wolał nie rozmawiać. Na żonę nie starczało, na samochód tym bardziej, a na marzenia to już w ogóle. Matka zmarła rok po jego maturze, ojca nigdy nie znał. Koledzy ze szkolnej ławy dawno rozpierzchnięci — jedni w Warszawie, inni za granicą. Została mu rutyna: budzik o szóstej dziesięć, tramwaj numer 4, biurko przy oknie wychodzącym na szare podwórko i obiad w barze mlecznym „Swojski” za jedenaście złotych pięćdziesiąt.

A potem przyszedł ten wieczór, trzynastego listopada. Deszcz ze śniegiem zacinał tak, że Klaudiusz biegł z przystanku pod samą ścianą budynku, żeby nie zmoknąć. Przy śmietniku, wciśnięty między mokre kartony, siedział kociak. Mały, rudy, z jednym uchem nadgryzionym jak stary znaczek pocztowy. Drżał, ale nie uciekał.

— No co ty tutaj robisz? — zapytał Klaudiusz półgłosem, kucając.

Kociak miauknął raz, krótko, jakby pytał: „a ty?”. I wtedy Klaudiusz, człowiek, który nigdy nie brał niczego na siłę, podniósł go i schował pod połę jesionki.

Nazwał go Szarlotka. Bo rudy jak jabłko, a przy tym tak samo słodki, gdy spał zwinięty na poduszce obok.

Pierwsze tygodnie były dziwne. Szarlotka nie polowała na muchy, nie zrzucała kubków ze stołu, nie miauczała o jedzenie. Zamiast tego siadała wieczorem naprzeciwko Klaudiusza, na parapecie od strony podwórka, i wpatrywała się w niego z takim namysłem, że robiło mu się nieswojo.

— Co się tak gapisz? — mruczał, zdejmując pognieciony krawat.

A kot mrużył oczy i wydawał z siebie ciche, urywane dźwięki, podobne do pomruku, z którego co jakiś czas wyrywało się coś jakby ludzkie słowo. Klaudiusz kręcił głową. Zmęczenie, monotonia, brak snu — wszystko to płata figle.

Do czasu.

W kancelarii panował ziąb. Stara kamienica, piece na węgiel, a zima tego roku przyszła wcześnie. Mecenas Wrzesiński, człowiek wiecznie niezadowolony, ale uczciwy, postawił wreszcie w pokoju wspólnym grzejnik olejowy. A że przy okazji wygrali sprawę o spadek po ciotce z Kraśnika, kazał przynieść z zaplecza butelkę wiśniówki.

— Po jednym kieliszku — zastrzegł, stawiając na blacie szklanki. — I do domu, bo jutro dużo pracy.

Klaudiusz nie pił prawie wcale. Ale tego wieczoru wypił dwa kieliszki i w nogach poczuł ciepło, jakiego nie znał od lat. Wrócił, nakarmił Szarlotkę, usiadł na łóżku i nawet nie pamięta, kiedy zasnął.

Obudził się o trzeciej w nocy z wrażeniem, że coś do niego mówi. Nie głos ludzki, nie miauczenie — coś pomiędzy. W głowie układały mu się całe zdania, jedna sekwencja po drugiej, jakby ktoś dyktował mu opowieść spokojnym, rytmicznym szeptem. Zerwał się na równe nogi.

— Szarlotka? — rzucił w ciemność.

Kot siedział na starym krześle, z łapkami podwiniętymi pod pierś, i patrzył na niego. A w oczach miał ten sam wyraz, co zawsze — skupiony, badawczy, jakby znał odpowiedź, zanim padło pytanie.

Klaudiusz zapalił lampkę biurkową, wyciągnął z szuflady pierwszy lepszy brulion i zaczął pisać. Ręka sama sunęła po papierze. Nie myślał nad fabułą, nad imionami bohaterów, nad krajobrazem. Wszystko przychodziło mu do głowy gotowe, ułożone, dopracowane w najdrobniejszym szczególe — jakby ktoś opowiadał mu to tuż przy uchu, a on tylko notował.

Rano kartek było siedemnaście. Rękopis zaczynał się od słów, które Klaudiusz przeczytał na głos, nie dowierzając sobie:

*Tragedia o księciu Eryku i jego upadku.*

Pisał tak każdej nocy przez dwa tygodnie. Zasypiał na chwilę, budził się, siadał do brulionu. Szarlotka zawsze w pobliżu — na krześle, na parapecie, na poduszce obok jego głowy. Czasem Klaudiusz przerywał i pytał:

— Skąd ty to bierzesz, co?

A kot wolno zamykał oczy, jakby mówił: „nieważne”.

Pod koniec drugiego tygodnia rękopis miał sto osiemdziesiąt stron. Klaudiusz wziął urlop — pierwszy od czterech lat. Dzwoniąc do mecenasa, skłamał, że złapał grypę żołądkową i nie wstanie z łóżka. Głos mu drżał, ale nie z gorączki.

W Lublinie działało wtedy kilka małych oficyn wydawniczych. Dwie znalazł w internecie, trzecią zapamiętał z ogłoszenia na przystanku — „Wydawnictwo Wschodni Dialog, przyjmujemy maszynopisy”. Poszedł do tej trzeciej, bo czuł, że pierwsi dwie go nie zrozumieją. W recepcji pachniało starymi książkami i kawą z fusami. Sekretarka z włosami spiętymi w kok podniosła wzrok znad monitora, gdy Klaudiusz postawił przed nią foliową teczkę z kartkami.

— Pan z rękopisem? — zapytała, nie przerywając stukania w klawiaturę.

— Tak. Dramat… rzecz o pewnym księciu. Mam nadzieję, że — urwał, bo zabrakło mu słowa.

— Zostawić. Zaraz będzie pani dyrektor, to — urwała, bo do pomieszczenia wszedł mężczyzna w skórzanej kurtce, pachnący tytoniem do fajki.

— Edzio? — zapytał mężczyzna. — A niech spojrzę, co pan przynosi.

I tak Klaudiusz, zupełnie niezamierzenie, podał się za autora o dźwięcznym imieniu i nazwisku, które przyszło mu do głowy niczym echo dawnych lektur: Eryk Szymański. Zawodny pomysł, ale brzmiało dobrze.

Tydzień później przyszedł mail. Krótki, rzeczowy, z prośbą o spotkanie. Pani dyrektor, kobieta o twarzy zmęczonej i oczach, które czytały szybciej niż palce, powiedziała mu, że tekst jest niezwykły, że ryzykują, ale go wydają. I że chcą drugą część najdalej za rok.

Klaudiusz wybiegł na korytarz, zjechał po schodach i stanął pod kamienicą, łapiąc ustami mroźne powietrze. Śnieg skrzypiał mu pod butami. Przez chwilę nie wiedział, czy się śmiać, czy płakać, więc zrobił jedno i drugie naraz — tyle że po cichu.

Książka poszła w świat. Najpierw mały nakład, tysiąc egzemplarzy. Potem dodruk, bo w księgarniach w Krakowie i Warszawie rozeszła się w tydzień. Przychodziły zaproszenia na spotkania autorskie, wywiady do radia, a Klaudiusz za każdym razem stawał przed publika i mówił cudzym nazwiskiem, wiedząc, że każde słowo, które wypowiada, należy do kota śpiącego w pustym mieszkaniu na czwartym piętrze.

Pieniądze pojawiły się dopiero po czterech miesiącach. Nie duże, ale pierwszy przelew — dwadzieścia trzy tysiące złotych — odebrał w banku z drżeniem rąk. Starczyło na spłatę drobnych długów i nowy piecyk gazowy. I na karmę z łososiem dla Szarlotki, która jadła ją z taką godnością, jakby to był jej koncertowy obiad.

Problem wrócił przy drugiej części. Tekst się skończył. Klaudiusz siadał nocami z długopisem, wpatrywał się w pustą kartkę i czekał. Nic. Szarlotka spała odwrócona do ściany. Brulion leżał na stole, a na jego okładce przybywał kurz.

Mijały tygodnie. Dzwoniła pani dyrektor. Pisał agent. Klaudiusz udawał, że pracuje, a w środku cichła mu ta nocna muzyka, którą słyszał dawniej. Wypijał herbatę, poprawiał koc, mówił do kota:

— No, Szarlotka. Co dalej? Co ja mam teraz zrobić?

A kot milczał.

Punkt zwrotny przyszedł 19 marca, w dniu, kiedy Lublin tonął w strugach deszczu, a z dachów kamienic spadały lodowe sople. Klaudiusz wrócił z poczty, gdzie nadał list do wydawnictwa — prośbę o przełożenie terminu. Położył klucz na haczyku, zdjął mokrą kurtkę i wszedł do pokoju.

Szarlotka stała na parapecie, wyprężona, jakby czegoś wypatrywała. Obok niej leżał brulion, otwarty na ostatniej zapisanej stronie. Klaudiusz podszedł, wziął zeszyt i wtedy doznał tego, co może porównać tylko do zimnego powiewu w kark — strony zaczęły się zapełniać nowymi zdaniami. Same. Powoli, jedno po drugim, jakby skrobał je po kartce pazur cieniutki jak igła.

Zeszyt wypadł mu z rąk.

— To nie może być prawda — usłyszał własne słowa.

A Szarlotka zeskoczyła z parapetu, podeszła i położyła łapę na jego bucie. Spojrzała w górę. W jej ślepiach paliło się coś, czego Klaudiusz nigdy wcześniej nie widział — nie tajemnica, ale rozkaz. Cichy, nieznoszący sprzeciwu.

Wtedy zrozumiał, że ta opowieść nigdy nie należała do niego. Ani pierwsza, ani druga, ani żadna inna. On był tylko kimś, kto trzyma długopis.

Tego wieczoru spakował niewielką torbę, włożył brulion, dokumenty i kartonik od karmy, i zjadł ostatnią kanapkę z żółtym serem, siedząc na brzegu wanny, bo w pokoju nie miał już siły znieść ciemności. Szarlotka krążyła pod drzwiami.

Nazajutrz poszedł do wydawnictwa. Nie po to, żeby podpisać nową umowę. Po to, żeby oddać prawa.

— To nie jest mój tekst — powiedział, kładąc na biurko pani dyrektor teczkę z oświadczeniem. — I nigdy nie był. Pisał go ktoś inny. Ja tylko… przepisywałem.

Pani dyrektor nie zdejmowała okularów. Długo czytała oświadczenie, raz po raz dotykając palcem linijek.

— Mówi pan poważnie? — zapytała wreszcie.

— Poważnie.

— I nie poda pan, kto jest prawdziwym autorem?

Klaudiusz położył na teczce klucz od swojego mieszkania.

— Dziś wieczorem przyślę pani resztę. A autora zobaczy pani za chwilę, jeśli zechce pani otworzyć torbę, którą zostawiłem w recepcji.

Kobieta uniosła brwi. Sięgnęła po telefon i kazała sekretarce przynieść torbę.

Po chwili Szarlotka wysunęła z niej łebek i rozejrzała się po gabinecie z miną właścicielki, która weszła do własnego mieszkania i ocenia, czy sprzątanie było dobrze zrobione.

Klaudiusz zostawił wszystko. Honorarium z pierwszej książki, umowy, prawa autorskie — przeszły na wydawnictwo, które zobowiązało się prowadzić sprawę dalej, z Szarlotką jako „współautorką o szczególnym statusie”. W akcie notarialnym, spisanym u notariusza przy Krakowskim Przedmieściu, widniał dopisek: *kot rudy, imię Szarlotka, miejsce stałego pobytu — siedziba wydawnictwa*.

Sam wyjechał do Gdańska, do pracy w biurze rachunkowym, gdzie nikt nie pytał o literaturę. Zamieszkał w kawalerce na ósmym piętrze, bez zwierząt, bez rękopisów. Raz w miesiącu przychodził przelew z wydawnictwa — tysiąc dwieście złotych, tytułem: „podziękowanie za współpracę”. Nigdy go nie odbierał. Zlecenie stałe szło na konto, z którego nie korzystał.

Jedenaście lat później, gdy w księgarni w Gdańsku zobaczył na półce siódme wydanie „Tragedii o księciu Eryku” z nazwiskiem Szarlotka na okładce, obok zdjęcia rudego kota z jednym uchem nadgryzionym jak stary znaczek — uśmiechnął się. I kupił egzemplarz dla siebie, nie po to, żeby go czytać. Po to, żeby mieć dowód, że w jego życiu było coś, co nie było jego. A mimo to — zapisane jego ręką.

Gdy wychodził z księgarni, zadzwonił telefon. Nieznany numer.

— Pan Klaudiusz Nowicki? — zapytała sekretarka z kokiem.

— Przy telefonie.

— Szarlotka dziś rano… — głos się załamał. — Nie żyje. Zostawiła panu coś.

Klaudiusz oparł się o mokrą od mżawki balustradę. Nogi zrobiły się cienkie i obce. Torebka z książką zsunęła mu się z palców.

— Co takiego? — zdołał wykrztusić.

— Ostatni rękopis. Proszę przyjechać.

I odłożyła słuchawkę, zanim zdążył zapytać o tytuł.

Pojechał. Trzy godziny pociągiem, z Gdańska do Lublina, po jedenastu latach przyjechał z torbą o jedną rzecz za dużą i z sercem tak ciasnym, że bał się, że nie wysiądzie na właściwej stacji.

W wydawnictwie pachniało kawą z fusami i starymi papierami. Sekretarka, już nie z kokiem, wręczyła mu kartonowe pudło, szare, przewiązane sznurkiem. W środku leżał rękopis. Równy, staranny, pisany jakby jednym tchem. Na pierwszej stronie widniał tytuł:

*Nocny sekretarz*

A pod spodem, drobnym pismem, jakby łapą:

*Dla Klaudiusza, który chciał usłyszeć choć jedną historię, zanim spał.*

Klaudiusz przeczytał te słowa, stojąc w tej samej recepcji, w której przed laty zostawił torbę z rudym kotem. I po raz pierwszy od niepamiętnych lat nie musiał nikogo pytać o to, co ma zrobić dalej.

Zamknął pudło, wziął je pod pachę i wyszedł na deszcz, zostawiając w recepcji podpis. Nie na umowie. Na karcie odwiedzin. I wpisanie daty — dziewiętnastego marca.

Szarlotka wracała do niego na własnych zasadach.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

1 × 1 =

Nocny sekretarz Szarlotka