To było w 2003 roku. Przeprowadziliśmy się z mężem ze wsi do dużego miasta, gdzie podjęłam pracę w prestiżowej firmie. Dostawałam naprawdę wysoką pensję. Zawsze wyróżniałam się życzliwością i współczuciem wobec ludzi wokół mnie. Gdyby można było, to najchętniej pomogłabym każdemu.
Tego dnia po masie obowiązków wykonanych w pracy poszłam do supermarketu, żeby kupić sobie coś pysznego i wynagrodzić sobie wysiłek. Musiałam stać w kolejce do kasy, bo była to pora, w której chyba najwięcej osób przychodzi na zakupy. Przede mną stała kobieta z dzieckiem. Zaczęłam je uważnie rozważać. Mała dziewczynka chciała coś powiedzieć, ale matka od razu się zdenerwowała i zaczęła na nią krzyczeć: „Jak Ty mnie męczysz, zostaw mnie w spokoju”.
Przez łzy dziewczynka powiedziała: „Mamusiu, jestem głodna, chcę jeść”. Matka była zła, odepchnęła ją i gdzieś poszła. Byłam bardzo wzburzona tą sytuacją, ale nie wiedziałam, co robić. Nie chciałam się wtrącać. Stałam i czekałam, aż matka dziewczynki wróci. Minęło około pół godziny i nadal jej nie było. Zaczęłam więc rozmawiać z dziewczynką, a potem wezwałam policję. Tak wszystko się zaczęło.
Nie odnaleziono matki dziewczynki i postanowiono umieścić ją w Pogotowiu Opiekuńczym, a potem skierować do domu dziecka. Od tamtej pory ciągle o niej myślałam. Z mężem zaczęliśmy ją odwiedzać i dawać prezenty.
Po kilku latach uzyskaliśmy pozwolenie na jej adopcję. Wielu naszych przyjaciół potępiło nasze działanie, bo: „przecież nie wiadomo, jakie ona ma geny, może wyrośnie na przestępczynię!”. My marzyliśmy o dziecku, długo się o nie staraliśmy, ale bez skutku. Dziewczynka wówczas miała już osiem lat.
Nigdy nie żałowaliśmy swojej decyzji, ale w sumie to nie była nasza decyzja, tylko decyzja losu. Prawdopodobnie wiele osób uzna mnie za zbyt wrażliwę, ale ja myślę, że dobroć nie jest słabością, wręcz przeciwnie – jest siłą naszego świata. To jedyny sposób, aby uczynić ten świat lepszym miejscem.

