Jako dziecko nie mogłam tak naprawdę do końca zrozumieć moich rodziców. Nie rozumiałam, dlaczego tak bardzo lubią jeździć na swoją działkę na wieś. Ojciec wyciągał wówczas kosę, a potem kosił trawę godzinami, rano i wieczorem. Potem suszyliśmy siano i sprzedawaliśmy je w sąsiednich gospodarstwach, a czasem wymienialiśmy na swojskie mleko i jajka. Pamiętam, jak kiedyś stary sąsiad Adrian rozpalił ognisko i piekł kiełbaski. Wtedy wymieniliśmy część siana na te aromatyczne kiełbaski, którymi potem zajadaliśmy się tak, aż uszy nam się trzęsły.
Tak żyliśmy całe wakacje każdego roku. Nie jeździliśmy nad morze czy w góry jak inni, tylko co roku na wieś.
Ojciec kosił trawę czasami 6, a czasami nawe 9 dni, ponieważ mieliśmy naprawdę sporą działkę. Przez pozostałe dni rodzice odpcozywali rano w domu, tata przez chwilę coś malował albo reperował, a przez resztę dnia leżeli na hamakach w cieniach jabłoni. Wieczorem, kiedy budziły się komary i nas atakowały, tata zwykle rozpalał ognisko i robiliśmy coś prostego, a zarazem bardzo pysznego na kolację. Do dzisiaj pamiętam aromat zup, które tata gotował w garnku nad ogniskiem i powiem Wam jedno – w zwykłej kuchni nie ugotuje się czegoś tak pysznego.
Teraz rodziców już nie ma, a działka na wsi wraz z domem przypadła mi w spadku. Ja nie jeżdżę tam tylko latem, a jestem tam praktycznie w każdy weekend. Dla mnie to wiejskie gospodarstwo stało się domem, a nie te 38 metrów kwadratowych w bloku z wielkiej płyty znajdującym się na obrzeżach Białegostoku.
Jezu, jak cudownie jest wyjechać na wieś. Zdarza się, że nie widzę żadnego żywego człowieke przez wiele dni, ale wcale mi to nie przeszkadza. Dopiero teraz rozumiem, jak wiele daje taki odpcozynek na łonie natury samemu, bez zbędnych ludzi i dźwięków dookoła.
Wiele sąsiednich wsi jest juź prawie całkowicie wyludnionych. Od dawna również już nie ma starego sąsiada Adriana. Ja jednak będę dbać o dom po rodzicach i o wspomnienia, które dzięki nich mam. Teraz ich w pełni rozumiem, szkoda, że tak późno.

