Doktor, którego już nie ma na naszej drodze

Nazywam się Ryszard Wolski i przez czternaście lat byłem ordynatorem szpitala powiatowego w Sokółce, do którego trafiały wszystkie ciężkie przypadki z Bagienicy i okolicznych wsi. Piszę to, bo w poniedziałek pochowaliśmy Tomasza Kraszewskiego, felczera z ośrodka zdrowia w Bagienicy, i chyba jestem ostatnią osobą, która może opowiedzieć, jak to wyglądało z drugiej strony – z tej, która odbierała jego telefony o trzeciej nad ranem.

Nekrolog wydrukowała listonoszka Ela na domowej drukarce, która od dwóch lat smugowała, bo nowej nie było kogo kupić. Powiesiła kartkę na drzwiach ośrodka o ósmej rano, a do południa wiedziała już cała gmina – Bagienica, Podlesie, Kuźnica Stara i przysiółek Zarzecze, dokąd Tomasz jeździł swoim poobijanym Nyskim z czerwonym krzyżem na boku. Zasięg komórkowy łapał tam tylko na wzgórzu za cmentarzem, więc wieści niosły się po staremu – przez sąsiadów, przez kierowcę PKS-u, który kursował do Sokółki dwa razy dziennie.

Ja o śmierci Tomasza dowiedziałem się inaczej – zadzwoniła do mnie dyżurka z pogotowia, bo to ja podpisywałem kartę zgonu na odległość, telefonicznie, żeby nie czekać na lekarza sądowego z Białegostoku. Znałem Tomasza od momentu, gdy przyjechał do Bagienicy zaraz po szkole medycznej, młody, uparty, z jednym plecakiem i dyplomem felczera. Mógł zostać w mieście, dostał propozycję etatu w przychodni na Antoniuku. Powiedział mi wtedy przy piwie: „Ryszard, tam mnie nie potrzebują tak jak tu”. Śmiałem się z niego. Teraz nie jest mi do śmiechu.

Przez te wszystkie lata dzwonił do mnie z pytaniami, których nie było w żadnym podręczniku – bo w podręczniku nie piszą, co robić, gdy do porodu trzeba jechać czterdzieści minut po glinie zmieszanej ze śniegiem, a najbliższa karetka utknęła osiem kilometrów dalej. Pamiętam tę noc, listopadową, kiedy zadzwonił o wpół do trzeciej: krwotok poporodowy u kobiety w Zarzeczu, droga nieprzejezdna. Powiedziałem mu przez telefon, co robić, krok po kroku, a on robił to gołymi rękami przy świetle lampy naftowej, bo prąd akurat wysiadł. Chłopiec przeżył. Nazwali go Tomek.

Znałem też jego samotność, bo to ja odbierałem telefon, kiedy żona Tomasza, Danuta, zadzwoniła do mnie z Białegostoku pytając, czy mogę „w końcu wybić mu z głowy tę wieś”. Nie mogłem. Powiedziałem jej to wprost. Wyjechała pół roku później do rodziców, zabrała walizkę i psa. Tomasz nie zadzwonił do mnie tego wieczoru wcale – poszedł do pacjenta z nadciśnieniem, jakby nic się nie stało. Dowiedziałem się dopiero po dwóch tygodniach, przypadkiem, że mieszka sam.

To, czego ludzie w Bagienicy nie wiedzieli, a ja wiedziałem, bo widziałem jego wyniki: od czterech lat miał migotanie przedsionków i ciśnienie, które powinno go trzymać w łóżku, a nie w terenowym samochodzie po dziurach. Mówiłem mu, żeby brał leki regularnie. Odpowiadał, że nie ma czasu myśleć o sobie, kiedy pani Zosia z Podlesia ma cukier trzysta, a dziadek Kazimierz z Kuźnicy znowu odstawił leki na serce po saunie. Ostatni raz widziałem go żywego trzy tygodnie przed śmiercią, na konsylium w Sokółce – schudł, miał workowate cienie pod oczami, ale przywiózł ze sobą listę dwunastu nazwisk pacjentów, których trzeba było skierować na badania. O sobie nie wspomniał ani słowa.

Zmarł w nocy z soboty na niedzielę, we śnie, w małym domku przy ośrodku, który dostał od gminy jeszcze w dziewięćdziesiątym ósmym. Ela, listonoszka, przyszła rano zanieść mu świeży numer „Głosu Podlasia” – prenumerował od zawsze. Zapukała, nikt nie otworzył. Zawołała sąsiada, starego Kazimierza, wyważyli drzwi. Leżał na plecach, kołdra podciągnięta pod brodę, ręce złożone na wierzchu. Na szafce nocnej leżała otwarta książka Bułhakowa „Zapiski młodego lekarza” i okulary na stronie. Zadzwoniłem do mojego kolegi z pogotowia w Sokółce, przyjechał po dwóch godzinach, stwierdził zgon naturalny z powodu niewydolności serca. Nie było w tym nic zaskakującego – dla mnie, medyka, to były dane kliniczne, które znałem od lat. Zaskakujące było co innego: jak bardzo ta wieś nie wyobrażała sobie życia bez niego, dopóki nie musiała.

W poniedziałek trumnę wystawiono w świetlicy wiejskiej, bo ośrodek zdrowia był za mały. Przyjechałem specjalnie z Sokółki, choć miałem tego dnia dyżur i musiałem prosić kolegę o zamianę. Świetlica – drewniany budynek z wysoką sceną i rzędami skrzypiących krzeseł – nie pomieściła wszystkich. Ludzie stali pod ścianami, w drzwiach, na parapetach. Widziałem starego Kazimierza z przysiółka, trzymał czapkę w rękach i powtarzał, że Tomasz uratował mu żonę dwa razy. Widziałem nauczycielkę z Podlesia, która opowiadała, jak Tomasz szedł dwanaście kilometrów pieszo przez błoto do jej syna z gorączką czterdzieści stopni, bo samochód ugrzązł. Widziałem traktorzystę, który przewoził go kiedyś nocą traktorem przez rzekę po cienkim lodzie do umierającego staruszka – ten staruszek przeżył jeszcze pięć lat.

I widziałem coś, czego reszta wsi nie zauważyła, bo stała za daleko od trumny: kobietę w ciemnym płaszczu, która weszła po cichu, postała minutę przy trumnie, nie płacząc, i wyszła zanim ksiądz skończył mowę. Rozpoznałem ją tylko dlatego, że kiedyś odbierałem jej telefon – to była Danuta, jego żona. Nikt we wsi jej nie skojarzył. Wsiadła w busa do Białegostoku i tyle ją widziano.

Po pogrzebie, kiedy ludzie rozeszli się z cmentarza, zostałem chwilę przy grobie razem z wójtem gminy, Markiem Sobolewskim, i sołtysem. Wtedy właśnie dowiedziałem się rzeczy, o której Tomasz nigdy mi nie powiedział, choć znaliśmy się siedemnaście lat: dwa miesiące wcześniej, przeczuwając, że długo nie pociągnie, złożył w urzędzie gminy pismo. Zrzekał się na rzecz gminy prawa dożywotniego użytkowania działki i domku przy ośrodku – tego samego, w którym mieszkał sam od rozwodu – pod jednym warunkiem zapisanym w akcie notarialnym: gmina musi w ciągu dwóch lat sfinansować zatrudnienie nowego felczera lub pielęgniarki środowiskowej i utrzymać punkt czynny, inaczej dom i działka mają zostać sprzedane, a pieniądze przekazane na fundusz stypendialny dla dzieci z Bagienicy studiujących medycynę. Do aktu dołączył kopertę z osiemnastoma tysiącami złotych oszczędności – całym swoim majątkiem – z dopiskiem: „Na pierwszą pensję dla tego, kto tu zostanie”.

Wójt pokazał mi tę kopertę, jeszcze zapieczętowaną, bo czekał, aż minie pogrzeb, by ją otworzyć przy świadkach. Otworzyliśmy ją tam, na cmentarzu, we trójkę – ja, wójt i sołtys – bo Tomasz w akcie wskazał nas jako osoby, które mają to poświadczyć. Były tam pieniądze, akt notarialny i jedna kartka, zapisana jego charakterem pisma, tym samym, którym wypisywał recepty przez trzydzieści lat: „Jeśli to czytacie, to znaczy, że mnie już nie ma, a punkt wciąż stoi pusty. Proszę, niech nie stoi dłużej, niż musi”.

Dwa tygodnie później byłem świadkiem, jak wójt ogłasza na zebraniu wiejskim konkurs na stanowisko pielęgniarki środowiskowej z finansowaniem gwarantowanym na dwa lata z funduszu Kraszewskiego – bo tak już zaczęto nazywać te pieniądze. Zgłosiła się jedna osoba: Alicja, ta sama dziewczyna, która jako dziecko rozbiła sobie kolano na huśtawce i dostała od Tomasza czekoladkę z obietnicą, że „do ślubu się zagoi”. Skończyła pielęgniarstwo w Białymstoku, pracowała w mieście, ale złożyła papiery i wróciła do Bagienicy. Widziałem ją w tym samym gabinecie, przy tym samym biurku, z tym samym wypłowiałym plakatem o pierwszej pomocy na ścianie, którego nikt nie zdjął. Na drzwiach nadal wisi mosiężna tabliczka z nazwiskiem Kraszewski – zdecydowali zostawić ją obok nowej.

Ja wracam do Sokółki co miesiąc, żeby skonsultować z Alicją trudniejsze przypadki, tak jak kiedyś konsultowałem z Tomaszem. Czasem, jadąc tą samą drogą przez las, zwalniam przy ławce koło ośrodka, na której on zwykł siedzieć z papierosem i patrzeć na pustą drogę. Ławka nadal tam stoi. Nikt jej nie ruszył.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dwanaście − 5 =

Doktor, którego już nie ma na naszej drodze