Nadzieja, gospodyni pensjonatu nad morzem w Jastarni, nie widzi

# Nadzieja, gospodyni pensjonatu nad morzem w Jastarni, poznaje ich, zanim poznała prawdę

Prowadzę ten pensjonat od jedenastu lat, więc gości znam po chodzie, zanim jeszcze zdążą się przedstawić przy recepcji. Ci przyjechali w drugi tydzień lipca — kobieta koło pięćdziesiątki, mężczyzna trochę młodszy, i dwoje dorosłych już dzieci, syn i córka, oboje po dwudziestce. Zapłacili gotówką za trzy noce w najlepszym pokoju z widokiem na molo, tysiąc osiemset złotych, bez targowania.

Zapamiętałam ją, bo pierwszego wieczoru, kiedy meldowałam ich w recepcji, zapytała, czy w okolicy jest dobra restauracja z rybą, i dodała po cichu do córki: „tylko żeby było spokojnie, bez ludzi z telefonami". Córka się roześmiała i powiedziała, że mama zawsze tak mówi, a potem i tak wszyscy robią zdjęcia. Wtedy nie zwróciłam na to uwagi. Dopiero później zrozumiałam, że to nie był żart.

W formularzu meldunkowym wpisała nazwisko Górecka. Nic mi ono nie mówiło, ale kiedy wpisywałam dane do systemu, mężczyzna — jak się okazało, nie mąż, tylko drugi mąż, o czym dowiedziałam się dopiero trzeciego dnia — powiedział cicho do córki: „mama prosiła, żeby nie podawać prawdziwego nazwiska w recepcji, pamiętasz?". Córka spojrzała na niego karcąco i powiedziała: „już się stało, tato, nie rób scen". Zapisałam to, co podyktowali, i odłożyłam sprawę na bok — ludzie mają różne powody, żeby nie chcieć zostawiać śladu.

Rano widywałam ich na tarasie śniadaniowym. Syn zamawiał podwójną kawę i milczał nad telefonem, jakby czekał na wiadomość, której się bał. Córka jadła jajecznicę i coś tam pisała w notatniku, a matka z mężem siedzieli obok siebie, czasem nic nie mówiąc, po prostu patrząc na morze. Mieli tę parę spracowanych rąk — jego dłoń na jej kolanie, jej głowa oparta o jego ramię, bez żadnego pokazu.

Drugiego dnia zeszli na plażę koło południa. Zapamiętałam to, bo akurat wynosiłam leżaki z magazynku i zderzyłam się prawie z córką przy furtce — miała na sobie granatowy strój kąpielowy, włosy związane w koński ogon, i niosła w ręku aparat, nie telefon, prawdziwy aparat z obiektywem. Powiedziała „przepraszam" i uśmiechnęła się, jakby to ona zawiniła. Zapytałam żartem, czy robi zdjęcia dla siebie, czy do pracy. Zawahała się i odpowiedziała, że „trochę do pracy", ale nie rozwinęła tematu.

Usiedli w rogu plaży, dalej od parasoli z barem, tam gdzie piasek jest bardziej ubity i mniej ludzi. Syn od razu wszedł do wody, córka robiła zdjęcia mężowi matki, jak wychodzi z morza z ręcznikiem na szyi — nie zwyczajne wakacyjne fotki, tylko serię, kadr po kadrze, jakby to była sesja. Sama matka usiadła na leżaku i czytała książkę w miękkiej oprawie, taką pogniecioną od noszenia w torbie. Zauważyłam, że co chwilę zerkała w stronę promenady, jakby kogoś się spodziewała albo się obawiała, że ktoś ją rozpozna.

Kelnerka z baru na plaży, Marysia, powiedziała mi później, że ta pani zamówiła tylko wodę mineralną i kawałek szarlotki, i zapytała, czy szarlotka jest domowa, bo u nich w Krakowie robi się inaczej. Zapłaciła kartą — i wtedy Marysia, oddając kartę, mimowolnie przeczytała nazwisko na plastiku. Nie to, które wpisałyśmy w recepcji. Przyszła do mnie zaraz po zmianie, cała podekscytowana, i powiedziała, czyje to nazwisko. Ja jej nie uwierzyłam — sądziłam, że to zbieg okoliczności, że dużo osób ma podobne nazwiska w tym kraju.

Wieczorem tego samego dnia, kiedy sprzątałam recepcję przed zamknięciem, usłyszałam przez uchylone drzwi tarasu, jak mąż mówi do niej: „ludzie w internecie znowu piszą, że wyglądasz świetnie, że jesteś w najlepszej formie, mimo wszystkiego, co się dzieje". Zatrzymałam się z ręcznikiem w dłoni, bo w jego głosie było coś więcej niż komplement — jakby próbował ją pocieszyć po czymś konkretnym. Ona odpowiedziała, nie patrząc na niego, tylko na morze: „niech piszą, ja tu jestem z wami, i tylko to się liczy. Zanim zacznie się to wszystko od nowa".

Syn wtedy wtrącił: „mamo, oni zawsze będą pisać, ważne, żebyś ty się nie zgubiła w tym wszystkim. I żebyś powiedziała sądowi dokładnie to, co ustaliłyśmy z prawniczką". Zamarłam przy drzwiach. Sąd. Prawniczka. To nie były słowa z wakacyjnej pocztówki. Ona nic nie odpowiedziała synowi, tylko nalała sobie wina z butelki stojącej na stole — czerwone, chyba węgierskie, bo widziałam etykietę, kiedy zbierałam szklanki następnego ranka.

Trzeciego dnia, przedpołudniem, wszystko się zmieniło. Siedzieli przy stoliku w rogu tarasu, kiedy przy furtce od strony plaży zatrzymała się grupka nastolatek w mokrych strojach kąpielowych. Jedna z nich, z ręcznikiem zawiniętym na biodrach, wskazała palcem na naszą matkę i powiedziała za głośno, żeby nie było słychać: „mówiłam ci, że to ona, sto procent, widziałam ją w tym serialu z babcią". Druga już podnosiła telefon, ekranem w stronę stolika.

Mąż zerwał się pierwszy — przesunął krzesło tak, że zasłonił żonę plecami, i powiedział spokojnym, ale twardym głosem, że proszę, żeby nie robić zdjęć, że to prywatne śniadanie. Syn był szybszy niż ja, choć stałam bliżej — podszedł do dziewczyn, powiedział coś cicho, czego nie dosłyszałam, wskazując może na regulamin pensjonatu, może po prostu prosząc. Dziewczyna z telefonem zawahała się, spojrzała na koleżanki, w końcu schowała komórkę do torby plażowej.

Matka przez cały ten czas nie ruszyła się z miejsca. Siedziała z filiżanką w dłoni, nieruchoma, jakby chciała stać się częścią krzesła, na którym siedziała. Dopiero kiedy dziewczyny odeszły w stronę plaży, chichocząc i oglądając się przez ramię, odstawiła filiżankę na spodek — tak ostrożnie, jakby bała się, że porcelana pęknie od samego dźwięku.

Podeszłam wtedy z dzbankiem kawy, żeby dolać, bo nie wiedziałam, co innego mogłabym zrobić. Kiedy nalewałam, usłyszałam, jak mówi do córki, cicho, ale wyraźnie: „widzisz, dlatego nie chciałam nigdzie wychodzić. W poniedziałek w sądzie będzie tak samo, tylko że tam nie będzie można wstać od stołu i wyjść". Córka odłożyła aparat, którego nawet nie zdążyła podnieść, i wzięła matkę za rękę, nic nie mówiąc. Mąż wciąż stał, jakby osłaniał ich oboje przed czymś, co mogło jeszcze nadejść od strony plaży.

Nie wiedziałam, gdzie podziać oczy, więc zajęłam się zbieraniem pustych talerzy, choć nikt jeszcze nie skończył jeść. Kiedy odchodziłam, usłyszałam, jak mówi do męża, już spokojniej: „zostańmy tu do wieczora, dobrze? Nie chcę wyjeżdżać z powodu dwóch dziewczyn z telefonem". On tylko skinął głową i usiadł z powrotem, kładąc dłoń na jej dłoni na blacie stołu.

Zostali do wieczora, tak jak chciała. Wymeldowali się dopiero następnego ranka, punktualnie o dziesiątej. Kiedy stała przy recepcji, zauważyłam, że ręce jej lekko drżały, kiedy podpisywała rachunek. Powiedziała, że muszą wracać, bo syn ma jakieś nagranie w studiu, a ona sama musi być na przymiarce kostiumów do spektaklu — i dodała, ciszej, jakby do siebie: „no i sprawa w sądzie, w piątek muszę być w Krakowie". Zapytałam ostrożnie, czy wszystko w porządku po tym, co się stało dzień wcześniej. Spojrzała na mnie tak, jakby się zawahała, czy mogę wiedzieć więcej, a potem powiedziała tylko: „będzie dobrze. Najważniejsze, że te trzy dni były nasze, a nie jego adwokatów".

Nie zapytałam o nic więcej. Powiedziałam tylko, że mam nadzieję, że u nas odpoczęła, mimo wszystko. Odpowiedziała, że tak, że najbardziej ceni sobie to, że przez te dni mogli po prostu być rodziną przy stole, choćby na chwilę, choćby z tym jednym wyjątkiem.

Kiedy odjeżdżali, mąż niósł walizki, a córka torbę z aparatem przewieszoną przez ramię, i jeszcze jedną, mniejszą, w której — jak później powiedziała mi Marysia, bo pomagała im wnieść rzeczy do samochodu — było pudełko z resztą tej szarlotki, zapakowane na wynos, żeby zjeść w drodze.

Syn otworzył jej drzwi od strony pasażera, zanim sam wsiadł za kierownicę. Matka, zanim usiadła, jeszcze raz spojrzała w stronę plaży, tam gdzie dzień wcześniej stały te dziewczyny z telefonem, a potem odwróciła się i wsiadła do samochodu. Telefon w jej torebce zaczął dzwonić, kiedy syn już zapalał silnik. „Mamo, ten telefon może poczekać, chodźmy" — powiedział, a ona odłożyła go do torebki, nawet nie sprawdziwszy, kto dzwoni. Drzwi się zatrzasnęły, samochód ruszył powoli po żwirze podjazdu, a pudełko z szarlotką zostało na tylnym siedzeniu, przechylone przy zakręcie w stronę drogi na Puck.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

pięć × jeden =

Nadzieja, gospodyni pensjonatu nad morzem w Jastarni, nie widzi