Z mężem bardzo chcieliśmy mieć dzieci. Bardzo długo staraliśmy się, ale nie mogłam zajść w ciążę. Robiliśmy badania, wyszło, że mąż ma problem, ale lekarze mówili, że jest jakaś nadzieja na to, że możemy mieć dziecko. Nie ustawaliśmy więc w staraniach, spróbowaliśmy nawet in vitro, ale to były lata 90. i niestety, to wszystko nie było jeszcze ani tak zaawansowane, ani tak skuteczne jak teraz. Po kolejnej próbie nie mieliśmy już więcej pieniędzy, więc wspólnie podjęliśmy decyzję o tym, że przecież możemy zaadoptować dziecko.
Pojechaliśmy do domu dziecka i podczas pierwszej wizyty zauważyliśmy ślicznego chłopca. Miał na imię Filip. Trochę się wstydził, ale już po chwili podszedł do nas i zaczął z nami rozmawiać. Miał wówczas 4 lata. Zakochaliśmy się w nim i czuliśmy, że to nasze dziecko. Od razu po tej wizycie zapytaliśmy, jakie dokumenty powinniśmy przygotować do adopcji i zaczęliśmy robić wszystko, co w naszej mocy, aby jak najszybciej się u nas znalazł. Po 4 miesiącach udało się i mieszkał już z nami pod jednym dachem.
Wiedzieliśmy, że dzieci z sierocińca mogą się trudniej adaptować do nowych warunków, więc traktowaliśmy zachowanie Filipka ze zrozumieniem. Problem w tym, że on zupełnie się zmienił. Nagle stał się niegrzeczny, kapryśny, robił wszystko, aby nas zdenerwować. Z każdym rokiem było coraz gorzej. Na początku jego zachowanie widoczne było tylko w domu. Na złość nam zdemolował swój pokój, udusił trzy chomiczki, a potem próbował mnie bić, gdy tylko coś mu się nie spodobało.
Później było jednak tylko gorzej i gdy był w podstawówce, zaczął okradać swoich rówieśników w szkole. Kiedy miał 14 lat napadł na kiosk i sterroryzował tak sprzedawczynię, że oddała mu wszystkie pieniądze. Kiedy wrócił do domu, czuliśmy, że coś jest nie tak, a on pod naszym naporem się przyznał. Wtedy tylko i wyłącznie dzięki naszej szybkiej interwencji i finansowej rekompensacie tamta kobieta nie zgłosiła sprawy na policji. Wtedy mu się upiekło.
Gdy Filip miał 15 lat, zdarzył się cud i zaszłam w ciążę. To była bardzo ciężka ciąża, większość czasu musiałam leżeć, aby nic nie stało się mojemu dziecku. Niestety, wtedy nieco straciłam czujność i nie miałam siły tak intensywnie pilnować Filipa. Mąż z kolei całe dnie pracował, aby zapewnić nam byt, więc też niczego dziwnego nie zauważył. Tym bardziej że Filip trochę się uspokoił, nie sprawiał większych problemów ani w szkole, ani w domu. Był spokojniejszy, usuwał się z oczu, ewidentnie nie chciał być już w centrum uwagi. Pewnego dnia okazało się dlaczego.
To było wtedy, kiedy Daria miała już roczek. Niestety, bardzo się rozchorowała i musiałam jechać z nią szybko do przychodni. Kiedy wróciłam po kilku godzinach, usłyszałam jakieś dziwne dźwięki dobiegające z pokoju Filipa. O tej porze powinien być w szkole, dlatego postanowiłam zerknąć, co tam się dzieje. Filip był tam z córką naszej sąsiadki, która miała zaledwie 11 lat. Była naga, on zresztą też. W momencie, w którym tam weszłam, mówił do niej, żeby go trochę podotykała tam na dole… Filip mnie zobaczył, ale patrzył na mnie zuchwale z ironicznym uśmieszkiem. Wybiegłam wystraszona z pokoju. Miałam nadzieję, że kiedy z nim o tym porozmawiam, to zmądrzeje i to nigdy się już nie powtórzy. Nie powiedziałam o tym mężowi i faktycznie, na jakiś czas był spokój.
Rok później zdarzyło się to samo. Przyłapałam mojego już wówczas 17-letniego syna z 10-latką… Tym razem już nie w domu, a za garażami bloku. Przecież to obrzydliwe! Te dziewczynki to jeszcze dzieci, jak on mógł w ogóle to robić?! Postanowiłam coś z tym zrobić, zaprowadzić go do jakiegoś specjalisty, ale nie zdążyłam. Jedna z dziewczynek najwyraźniej opowiedziała o tym, co ją spotkała rodzicom, a oni zgłosili sprawę na policję. Mojego syna wyprowadzili nad ranem z bloku jak jakiegoś przestępcę.
Syn, póki co jest w ośrodku wychowawczym, ale przez to, że jest praktycznie pełnoletni, będzie sądzony jak dorosły. Z jednej strony mi go żal, kochałam go jak syna, z drugiej strony aż boję się pomyśleć, co by było, gdyby wciąż mieszkał z nami, a Daria by podrosła. Czy jej robiłby to samo? A może już coś jej robił? Lubił ją, często się z nią bawił i nie zawsze byłam w pobliżu… Boże, aż mnie mdli na samą myśl!
Teraz nie mamy życia na osiedlu, musieliśmy się przeprowadzić, bo baliśmy się o własne życie. Raz ktoś pomalował nam drzwi i napisał na nich „rodzice pedofila”, a innym razem ktoś wybił nam okno.
Ta historia i tak skończyła się tragicznie. Decyzja o adopcji zniszczyła nam życie.



