Z mężem osiągnęliśmy wszystko sami dzięki ciężkiej pracy. Czasami nie spaliśmy nawet kilka nocy pod rząd, ale nie poddawaliśmy się i walczyliśmy o swoje. Mimo wszystko nie żałowaliśmy tego, bo dorobiliśmy się mieszkania, kupiliśmy sobie domek na ogródkach działkowych oraz dwa samochody. Wychowaliśmy też dwie córki i jak nam się wydawało, zrobiliśmy to tak, że – jak to się mówi – „wyszły na ludzi”.
Kiedy czasami sobie pomyślę o tym, jak ciężko pracowaliśmy, zastanawiam się, skąd mieliśmy na to wszystko siłę. Przecież to wymagało od nas tyle wysiłku! Mąż pracował na dwóch etatach, przez co niestety nadszarpnął trochę swoje zdrowie. Oczywiście jesteśmy dumni, że wszystko to osiągnęliśmy sami, bez niczyjej pomocy i koneksji, ale też zrobiliśmy to kosztem naszego zdrowia. Poza tym ostatnie sytuacje sprawiły, że pojawiła się w nas uraza. Jakie to sytuacje? A takie, w których okazuje się, że nasze dzieci nie doceniają tego, co dostały.
Przed ślubem podarowaliśmy córce mały dom. Tak, jest mały. Ma tylko 75 metrów kwadratowych, kupiliśmy go specjalnie dla niej. Faktycznie, nie jest za duży, ale przecież też niemały i mają dzięki temu gdzie mieszkać z mężem. Nie muszą tułać się po wynajmowanych mieszkaniach, tylko są u siebie. Zrobiliśmy im także częściowy remont tego domu, a resztę zostawiliśmy już im. Pomyśleliśmy, że sobie wyposażą dom tak, jak chcą. Pamiętam, jak mój mąż kosił jeszcze trawę na działce przed przekazaniem kluczy córce.
Daliśmy jej dom. Była wtedy bardzo szczęśliwa. Pamiętam też ten zapach świeżo skoszonej trawy. Wydawało mi się, że moja córka zaczyna nowe życie i wszystko będzie inne. Niestety, tylko mi się to wydawało, bo moja córka żyje jak dawniej.
Od przekazania kluczy minęło już ponad 7 lat. Nigdy nie wyposażyli porządnie domu, nie ma nawet dobrych mebli kuchennych, tylko jakieś stare, które dali im rodzice zięcia. Nadal śpią na materacu na podłodze. Nie pomalowali ścian ani nie położyli tapet, wszystko wygląda koszmarnie. Jedyne większe zmiany, jakie się dokonały, to położenie kwiatów na parapecie. Tyle zmieniło się przez 7 lat!
Na dokończenie remontu i wyposażenie domu nie mają czasu, ale na wyjazdy zagraniczne dwa razy do roku to już tak!
Ich działka jest zarośnięta, nie chce im się nawet skosić trawy. Nieprzyjemnie jest nam na to patrzeć. Jak można w ogóle tak żyć?
Na początku starałam się nakłonić córkę do tego, aby zrobili coś z tym domem, ale to bez sensu, ona w ogóle nie reagowała na moje słowa. Teraz żałuję, że cokolwiek jej daliśmy… Być może gdyby sami zarobili na swój dom, doceniliby to i inaczej podeszli do sprawy… Mąż namawia mnie, żebyśmy pomogli im w wyposażeniu domu, dokończeniu remontu, bo nie może patrzeć na to, jak żyją. A ja zastanawiam się, czy powinniśmy to zrobić? Czy dalej wydawać na córkę ciężko zarobione pieniądze, skoro ona i jej mąż sami nie dbają o swój dobytek. Poradźcie, co robić?

