Kiedy pytają mnie, kim są moi rodzice, to pytanie zawsze wprawia mnie w zakłopotanie, ponieważ do dziewiątego roku życia wychowywali (a raczej nie wychowywali i w ogóle się mną ni interesowali) jedni rodzice, a potem drudzy.
Do trzeciej klasy szkoły podstawowej żyłam pod jednym dachem z moimi biologicznymi rodzicami, którzy mieli mnie głęboko gdzieś i najważniejszą rzeczą był dla nich alkohol oraz prowadzenie imprezowego trybu życia. Moi przodkowie nie pili tylko wtedy, gdy kończyły im się pieniądze i kompletnie nie mieli ich skąd wziąć oraz wtedy, kiedy jedno z nich trafiało na izbie wytrzeźwień. Ostatnia ich pijańska libacja połączona z pobiciem swoich kompanów od kieliszka zakończyła się dla nich aresztowaniem. Trafiłam wtedy najpierw do pogotowania opiekuńczego, a potem miałam zostać przekierowana do domu dziecka. Na szczęście tam nie dotarłam, bo znaleźli się jacyś dobrzy ludzie, którzy zdecydowali się mną zaopiekować.
Mnie było już wszystko jedno, psychicznie byłam gotowa na wszystko i czy trafiłabym do domu dziecka, czy do jakiegoś domu, wówczas nie miało to dla mnie większego znaczenia. Dopiero teraz rozumiem, jak wielkie miałam szczęście, że nie trafiłam jednak do domu dziecka.
Zaczęłam żyć z najlepszymi ludźmi na świecie. Tak mi się wtedy wydawało i teraz zresztą tak samo myślę, tym bardziej, kiedy wspominam wszystkie te głupoty, które robiłam, a moi rodzice z żelazną cierpliwością mi je wybaczali i tłumaczyli, co jest dobre, a co złe. Są niesamowici i mają niezwykle dobre serce.
Wszyscy mówią o „złych” genach w przypadku adoptowanych dzieci, ale to wszystko głupota! Gdyby genetyka miała tak istotne znaczenie, byłabym skończoną pijaczką w wieku 25 lat i skończyłabym jako moi biologiczni, niedojrzali rodzice.
Wystarczy dać dziecku ciepło i miłość, aby rozkwitło i wyrosło na dobrego człowieka. Wychowanie i miłość to jedyne co decyduje o tym, jaki będzie kiedyś człowiek.
Kiedy słyszę przysłowie, że „niedaleko pada jabłko od jabłoni”, aż się we mnie gotuje. Najprościej jest zrzucić wszystko na geny, ale to nie w tym tkwi istota tego, na kogo kto wyrasta.

