Mam trzy córki, każdą z nich wychowywałam na dobrą i uczciwą kobietę. I co z tego teraz mam? Niewiele. Do tego żyję praktycznie w nędzy, bo moja emerytura na nic mi nie wystarcza. Za to mogę pochwalić się kolekcją egzotycznch masek z Meksyku, huculskich talerzy z Ukrainy czy innymi barwnymi pamiątkami, które w niczym mi nie pomagają.
Nie umiem się cieszyć z tych wszystkich prezentów, które od nich dostaję, ponieważ moja dusza cierpi, a portfel świeci pustkami. Czasami zdarza się, że nie mam nawet co jeść. Już kilka razy mówiłam im, że lepiej byłoby, gdyby przysłalii mi paczkę z jedzeniem zamiast tych pamiętek, ale oni albo mnie nie słuchają, albo nie zdają sobie sprawy z tego, w jakiej sytuacji się znajduję.
Moja najmłodsza córka została przy mnie, ale jej samej życie nie rozpieszcza… Zaczęła kilka lat temu chorować i ma problemy z sercem, przez co nie może znaleźć jakiejś pracy, która nie pogarszałaby jej stanu. Niestety, nie skończyła szkoły, więc mogłaby wykonywać tylko prace fizyczną, ale właśnie nie każdą może przez swoje zdrowie. I takie zaklęte koło trwa. Córka stara się jak może, łapie jakieś dorywcze prace, ale i tak jest nam niezwykle ciężko.
Chciałabym, aby dwie pozostałe córki trochę bardziej się mną zainteresowały i zrozumiały, jak ciężkie jest moje życie. Ja naprawdę nie chcę od nich wiele – trochę zrozumienia i ciepła, których nie dadzą mi te kolorowe pamiątki, które mi przysyłają…



