Trzydzieści osiem tysięcy złotych — tyle kosztowała renowacja dachu na starym domu po dziadku w Lipnicy pod Bocheniem. Ta sama kwota, co do grosza, którą jego wnuczka, Marta Wójcik, ubijała przez sześć lat na koncie oszczędnościowym w PKO, odkładając po pięćset złotych z każdej wypłaty jako pielęgniarka na oddziale geriatrii.
Dom stał pusty od dwunastu lat. Dziadek Wiesław umarł, kiedy Marta miała dwadzieścia trzy lata, i zostawił po sobie tylko to — drewnianą chałupę z gankiem, kawałek sadu i szopę, w której do dziś pachniało smołą i starym sianem. Reszta rodziny machnęła ręką: za daleko, za drogo remontować, niech stoi. Marta jedna jeździła tam raz w miesiącu, żeby wywietrzyć pokoje i sprawdzić, czy dach jeszcze trzyma.
Trzymał do zimy. W styczniu, po ciężkich śniegach, przeciekła krokiew nad kuchnią, a w lutym Marta znalazła w piwnicy wodę po kostki. Zadzwoniła do ekipy z Bochni, umówiła termin na kwiecień, zapłaciła zaliczkę z tych właśnie odłożonych pieniędzy. I wtedy, dwa tygodnie przed robotą, przyjechał kuzyn.
Kuzyn nazywał się Robert Duda, syn stryja Mariana, i od lat mieszkał w Krakowie, gdzie prowadził — a raczej próbował prowadzić — warsztat lakierniczy przy Wielickiej. Nie widzieli się może trzy lata. Przyjechał w sobotę, w marcu, kiedy śnieg jeszcze leżał płatami na miedzy, przywiózł ciastka z cukierni na Rynku i od progu mówił o remoncie tak, jakby to był jego dom.
— Widziałem, że coś się tam kręci koło dachu — powiedział, siadając przy stole babci, na którym wciąż leżała ceratowa serweta w kwiatki. — Fajnie, że w końcu ktoś się tym zajął.
Marta nalała mu herbaty, powiedziała, że tak, zamówiła ekipę, zaliczka już poszła. Robert pokiwał głową, pochwalił, zapytał, ile to kosztuje. Powiedziała: trzydzieści osiem tysięcy, cała kwota, ma to na koncie. I dopiero wtedy, mieszając łyżeczką herbatę, której nawet nie pił, zapytał, czy dom formalnie jest już przepisany na nią.
Nie był. Formalnie dom po dziadku wciąż figurował jako spadek nieuregulowany między trojgiem dzieci Wiesława — jej matką, stryjem Marianem (czyli ojcem Roberta) i ciotką Grażyną, która wyjechała do Niemiec i od lat się nie odzywała. Marta o tym wiedziała, ale traktowała to jak formalność, bo to ona jedna dbała o dom, płaciła podatek od nieruchomości, kosiła trawę.
— No właśnie — powiedział Robert. — A tata mówił ostatnio, że może by tak sprzedać, bo i tak nikt tam nie mieszka. Ja bym nawet wziął pod warsztat, bo szukam czegoś większego pod Bochnią, taniej niż w mieście.
Powiedział to lekko, między jednym ciastkiem a drugim, jakby proponował wspólne wyjście do kina. Marta odstawiła kubek.
— Ja w to wkładam pieniądze od stycznia, Robert. Zaliczka już poszła.
— No to tym bardziej dobrze, bo dom będzie w lepszym stanie, jak go będziemy sprzedawać.
Nie kłócili się długo. On wypił herbatę, zjadł jeszcze jedno ciastko, powiedział, że to tylko taki pomysł, że jeszcze pogada z ojcem, i pojechał z powrotem do Krakowa swoim srebrnym passatem, który parkował zawsze tak, żeby nie zabłocić felg. Marta zostawiła w kuchni serwetę w kwiatki i przez trzy tygodnie nie mogła spać spokojnie, bo już wiedziała, jak to się zwykle kończy w tej rodzinie — kto głośniej krzyczy i szybciej biegnie do notariusza, ten ma dom.
W kwietniu, tydzień przed przyjazdem ekipy remontowej, zadzwoniła matka Marty i powiedziała, że stryj Marian faktycznie chce wystawić dom na sprzedaż, że rozmawiał już z pośrednikiem z Bochni, że "trzeba by to wreszcie załatwić po ludzku, bo dom niczyj". Powiedziała to zwyczajnie, jak coś oczywistego, bez cienia wątpliwości, że dla Marty to może znaczyć utratę trzydziestu ośmiu tysięcy złotych i sześciu lat odkładania po pięćset na miesiąc.
Marta nie krzyczała. Odłożyła telefon, poszła do szafy, wyjęła teczkę z dokumentami, które zbierała od dwóch lat, odkąd zaczęła się zajmować spadkiem: wypis z księgi wieczystej, zaświadczenie z urzędu skarbowego o zapłaconym podatku, potwierdzenia przelewów za kosiarza i za drewno na zimę, umowę z ekipą remontową z podpisaną zaliczką. Umówiła się z notariuszem w Bochni na najbliższy czwartek i zabrała ze sobą matkę — bo to matka miała jedną trzecią udziału i to jej podpis był kluczem do wszystkiego.
W czwartek, w kancelarii przy ulicy Kazimierza Wielkiego, pachniało świeżo zaparzoną kawą i drukarskim tonerem. Notariusz, kobieta w okularach w grubych oprawkach, rozłożyła papiery i zapytała wprost, czy rodzina chce dział spadku polubowny czy sądowy. Matka Marty spojrzała na córkę, na jej twarz zmęczoną nieprzespanymi nocami, i powiedziała, że ona chce, żeby jej udział przypadł Marcie — bo to ona się tym domem zajmowała, płaciła, remontowała, a nie ktoś, kto raz na trzy lata przyjeżdża po ciastka.
Tego samego dnia po południu zadzwonił stryj Marian, już poinformowany przez matkę. Krzyczał, że to nieuczciwe, że Robert miał plany na ten dom, że rodzina powinna dzielić się po równo. Marta, siedząc w samochodzie na parkingu pod kancelarią, z teczką dokumentów na kolanach, powiedziała mu spokojnie, że jego syn miał plany na coś, w co nie włożył ani złotówki, i że jeśli chce warsztatu pod Bochnią, niech go kupi za swoje pieniądze, tak jak ona kupiła remont.
Stryj się rozłączył. Robert zadzwonił jeszcze raz, tydzień później, już bez ciastek w głosie, pytając, czy "naprawdę nie da się dogadać". Marta odpowiedziała, że dogadali się już w kwietniu, u notariusza, i odłożyła telefon, zanim zdążył powiedzieć coś jeszcze.
Remont dachu skończył się w maju. Marta pojechała tam w pierwszy weekend czerwca, zdjęła starą ceratę z kuchennego stołu, umyła okna, otworzyła wszystkie drzwi na oścież, żeby wywietrzyć dwanaście lat stęchlizny. Na podwórku szczekał sąsiedzki pies, ten sam, który szczekał jeszcze za życia dziadka, tyle że teraz był już siwy na pysku i ledwo się ruszał z budy. Marta usiadła na ganku z kubkiem kawy, popatrzyła na nowy dach, błyszczący w słońcu blachą, i pomyślała, że nikt więcej nie zapyta jej, czy dom jest już formalnie na nią przepisany — bo w aktach notarialnych, złożonych w segregatorze na najwyższej półce w jej mieszkaniu w Krakowie, było to napisane czarno na białym.



