Około trzy miesiące temu rozwiodłem się z Julitą. Wspólnie uzgodniliśmy, że dwa mieszkania, które zakupiliśmy w czasie trwania naszego małżeństwa podzielimy między naszą dwójkę – jedno trafi do mnie, a drugie – to większe – do niej, aby mogła tam mieszkać z naszymi dziećmi.
Wszystko było w porządku przez pierwsze dwa tygodnie, dopóki Julita nie dowiedziała się, że mam już nową kobietę.
Oficjalnie majątek jeszcze nie był podzielony, zdążyliśmy umówić to tylko między sobą, dlatego przed sądem Julita próbowała zabrać mi także to drugie mieszkanie. Na szczęście sąd przyznał mi rację i kawalerka została u mnie.
Julita była wściekła i ciągle chciała jakoś się na mnie zemścić. Nie mogąc wymyślić nic lepszego, zabroniła mi kontaktowania się z dziećmi. Oczywiście nie tak wprost, ale ciągle miała ku temu jakieś wymówki – a to dzieci były chore, nie miały czasu, bo dużo zajęć w szkole, ale wymyślała jeszcze coś innego.
Na początku myślałem, że naprawdę tak jest, ale im dłużej się to trwało, tym bardziej byłem podejrzliwy. Gdy dowiedziałem się, że naprawdę szuka niani, zaoferowałem swoją pomoc, ale ona mi odmówiła. Wtedy też cała prawda wyszła na jaw.
– Nie chcę od Ciebie żadnej pomocy i dopóki nie przepiszesz na mnie drugiego mieszkania, nie zobaczysz dzieci!
Byłem w szoku.
Tak Julita postanowiła się na mnie zemścić. Teraz znowu czeka mnie z nią batalia w sądzie, tym razem o dzieci.
Nie rozumiem w ogóle, po co to robi, skoro raz już sąd zdecydował o tym, że drugie mieszkanie należy się mnie. Czy naprawdę tak bardzo boli ją to, że układam sobie życie na nowo?
