Basia miała jedenaście lat i grzywkę do brwi, kiedy babcia Danuta wzięła nożyczki krawieckie z szuflady w kredensie i obcięła jej włosy przy samej głowie.
— Będzie ci chłodniej na to lato — powiedziała, zamiatając kosmyki pod stół.
Ola, matka Basi, wróciła po córkę do Włocławka w niedzielę wieczorem, prosto z pracy, w tej samej bluzce co rano, bo nie miała czasu się przebrać. Zobaczyła dziecko na progu i przez chwilę myślała, że pomyliła adres.
— Co się stało z jej włosami?
— Były zmierzwione. Nie dawała rady ich rozczesać, płakała codziennie rano. Obcięłam i już, koniec problemu.
Ola nie krzyczała. Wsadziła Basię do fiata, zapięła jej pasy, pojechała do domu w kompletnej ciszy — nie dlatego, że nie miała nic do powiedzenia, tylko dlatego, że wiedziała: powie za dużo. A tego wieczoru miała jeszcze coś do zrobienia.
Warsztat przy ulicy Toruńskiej, trzy stanowiska, kanał, kompresor, szyld z odrapaną literą w słowie „WULKANIZACJA" — to był warsztat po ojcu Oli, a mężu Danuty, Zenonie. Zmarł cztery lata temu na zawał, w samym warsztacie, między podnośnikiem a regałem z oponami. Ola przejęła firmę, spłaciła długi po ojcu, dołożyła do tego jeszcze osiemdziesiąt tysięcy złotych z własnej kieszeni na nowy kompresor i podnośnik dwukolumnowy. Księgowość prowadziła sama, po godzinach, przy kuchennym stole, kiedy Basia już spała.
Ale na papierze — na akcie notarialnym sprzed lat, kiedy Zenon jeszcze żył i planował „na wszelki wypadek" — połowa udziałów w firmie wciąż figurowała na Danutę. Współwłaścicielka. Formalność, którą Ola miała uporządkować od dawna, tylko wciąż brakowało czasu.
W poniedziałek rano, dzień po strzyżeniu, Danuta przyszła do warsztatu z teczką. Usiadła przy biurku, gdzie zwykle siedziała Ola, i powiedziała, że rozmawiała z Krzyśkiem — synem swojej siostrzenicy, mechanikiem z Aleksandrowa Kujawskiego, który akurat szuka pracy.
— Pomyślałam, że dobrze by było, żeby ktoś z rodziny prowadził to razem z tobą. Sama się nie wyrobisz, a chłopak zna się na diagnostyce komputerowej.
— Nie pytałaś mnie.
— A musiałam? To w połowie moja firma.
Ola nic wtedy nie odpowiedziała. Wieczorem, kiedy Basia jadła zupę pomidorową z grzankami i oglądała kreskówkę na tablecie, Ola zadzwoniła do notariusza w centrum miasta, umówiła się na czwartek, dziesiąta rano.
We czwartek Danuta przyszła do kancelarii bez zaproszenia — bo Ola zostawiła jej wiadomość, że „trzeba dokończyć papiery po tacie". Usiadła na krześle obok, w tym samym płaszczu co zawsze, z torebką na kolanach.
Notariusz, pan Wieczorek, mężczyzna po sześćdziesiątce z okularami na łańcuszku, przeczytał na głos akt darowizny udziałów — pięćdziesiąt procent, na rzecz Oli, bez odszkodowania, z dopiskiem, że darczyńca działa dobrowolnie i w pełni świadomie.
— Nie podpiszę tego — powiedziała Danuta.
— To twoje prawo — odparła Ola. — Ale wtedy ja składam wniosek o wykup twojego udziału po wycenie rzeczoznawcy. Warsztat jest wart jakieś trzysta pięćdziesiąt tysięcy. Twoja połowa to sto siedemdziesiąt pięć. Zapłacę ci w ratach przez trzy lata, zgodnie z prawem, i od tego dnia nie masz tam nic do powiedzenia. Ani o godzinach pracy, ani o zatrudnieniu, ani o tym, jak strzygę własne dziecko.
Cisza w gabinecie trwała długo — na tyle długo, że pan Wieczorek zdążył dolać sobie wody z dzbanka i odstawić go z powrotem na tackę.
— To przez te włosy? — spytała w końcu Danuta.
— To przez to, że myślisz, że skoro coś do ciebie należy na papierze, to możesz decydować o wszystkim, co się z tym wiąże. O firmie. O dziecku. Beze mnie.
Danuta patrzyła na dokument jeszcze chwilę. Potem wyjęła długopis z torebki — ten sam, którym podpisywała listy do wnuczki na urodziny — i złożyła podpis pod darowizną.
Nie powiedziała „przepraszam". Wstała, zapięła płaszcz, wyszła z kancelarii i pojechała autobusem do Aleksandrowa, do siostrzenicy, nie do Basi.
Basia zapytała później, dlaczego babcia nie przyjechała w niedzielę jak zwykle. Ola powiedziała tylko, że babcia ma teraz mniej czasu. Włosy odrosły do wiosny — nie do brwi, ale do ramion — a warsztat przy Toruńskiej działał dalej, tyle że tabliczka na drzwiach biura zmieniła się: „OLA KOWALCZYK, WŁAŚCICIEL", bez dopisku, bez wspólnika, jedno nazwisko, jedna decyzja, którą teraz mogła podjąć sama.



