# Czterysta osiemdziesiąt tysięcy

# Czterdzieści siedem razy

Mój mąż Stanisław przeszedł na emeryturę w styczniu. Kierował autobusem miejskim dwadzieścia osiem lat, z czego ostatnie jedenaście na linii numer 173, tej, co jeździ z Gocławia na Wolę. W dniu, kiedy oddał legitymację służbową, wrócił do domu o czternastej dziesięć, zdjął buty w przedpokoju i zapytał, co będzie na obiad.

Od tamtego dnia ani razu nie wyszedł z mieszkania dalej niż do skrzynki na listy.

Mieszkamy na trzecim piętrze w bloku przy ulicy Wileńskiej, naprzeciwko bazaru Różyckiego. Kiedyś to była moja ulubiona część dnia — poranek, cisza, kawa z mlekiem przy oknie, a za szybą tramwaje dzwoniące na zakręcie. Teraz rano budzi mnie dźwięk łyżeczki uderzającej o brzeg szklanki. Staszek miesza herbatę dokładnie czterdzieści siedem razy. Policzyłam.

Pierwszy miesiąc myślałam, że to przejściowe. Każdy musi się przestawić. Drugi miesiąc — że potrzebuje czasu. Trzeci — że może powinnam z nim porozmawiać.

Rozmowa wyglądała tak.

— Staszek, może zapisałbyś się na basen? Albo do tej biblioteki na Targowej, mają nową czytelnię.

— A po co?

— Żebyś miał zajęcie.

— Mam zajęcie. Pilnuję domu.

Dom. Pięćdziesiąt siedem metrów kwadratowych. Kuchnia, pokój, sypialnia, łazienka. Dom, w którym spędziłam trzydzieści jeden lat, żeby teraz nie móc zrobić kroku bez świadka. Wstaję o szóstej trzydzieści — on już siedzi w kuchni. Wracam z pracy o szesnastej — on siedzi na kanapie i ogląda powtórki teleturniejów. Kładę się spać — on jeszcze przewija coś w telefonie, rozjaśniając całą sypialnię niebieskim światłem.

— Może byś chociaż wyszedł na spacer — powiedziałam w czwartym miesiącu.

— Nie mam dokąd.

— Do parku Praskiego. Piętnaście minut pieszo.

— Byłem tam tysiąc razy.

— To nad Wisłę.

— I co tam będę robił?

— Oddychał.

Wziął pilota i ściszył telewizor. Nie po to, żeby lepiej słyszeć. Po to, żeby go było słychać wyraźniej, kiedy powie:

— Ty mnie po prostu nie chcesz w domu. Przyznaj się.

I tu jest sedno. Bo ja chcę. Chcę go w domu. Tylko nie chcę, żeby ten dom stał się celą dla nas obojga.

W piątym miesiącu zaczęłam celowo zostawać dłużej w pracy. Pracuję jako księgowa w przedszkolu na Kamionku, do osiemnastej zawsze było coś do podliczenia. ZUS, faktury, rozliczenia za żywienie. Zaczęłam brać nadgodziny, których nikt mi nie płacił, tylko po to, żeby nie wracać do mieszkania, gdzie powietrze gęstniało od milczenia.

Wracam raz o dziewiętnastej. Drzwi otwarte. Staszek stoi w przedpokoju z telefonem przy uchu.

— Gdzie byłaś?!

— W pracy.

— Do siódmej wieczorem? Bez słowa?

— Dzwoniłeś?

— Nie, bo nie chciałem cię denerwować.

— No i dobrze.

— Co dobrze?!

— Nic, Staszek. Nic nie mówię.

— Właśnie to jest problem. Nic nie mówisz, tylko chodzisz z miną, jakbym ci przeszkadzał.

Bo przeszkadzasz. Bo nie mogę otworzyć lodówki, żebyś nie skomentował, co jem. Nie mogę porozmawiać przez telefon z siostrą z Białegostoku, żebyś nie pytał potem, o czym rozmawiałyśmy. Nie mogę poczytać książki, bo co chwilę słyszę: „Zobacz, jaki artykuł" albo „Słyszałaś, co powiedzieli w wiadomościach".

Kiedyś rozmawialiśmy wieczorami. O tym, co u nas, co u dzieci, co dalej. Teraz on mówi do mnie przez cały dzień, ale nie ma w tym ani jednego zdania, które by coś znaczyło.

Przelało się w sobotę.

To był koniec czerwca. Okna otwarte, z podwórka leciał zapach lip, z bazaru — truskawek i koperku. Staszek wszedł do kuchni dokładnie w momencie, kiedy wyciągałam z piekarnika blachę z drożdżówkami. Upiekłam je, bo miałam akurat wolny dzień i chciałam zrobić coś normalnego. Takiego sprzed emerytury.

— Znowu słodkie? — powiedział.

— Upiekłam. Ze śliwkami.

— Wiesz, że mam cukier.

Miał. Od trzech lat. Badał się regularnie, brał metforminę, ale przy drożdżówkach nigdy wcześniej nie robił uwag. To ja je robiłam. Teraz role się odwróciły, tylko że on to robił z takim smakiem, jakby czekał na okazję.

— To nie jedz.

— Zjem, bo nie mam wyjścia.

— Masz. Chleb jest w szafce.

Westchnął tak, jakby właśnie potwierdziło się wszystko, co o mnie myślał.

— Dawniej to byś się martwiła. A teraz — „nie jedz", „nie oglądaj", „idź na spacer". Jesteś dla mnie jak obca.

Położyłam ścierkę na blacie. Nie rzuciłam. Położyłam bardzo powoli, żeby się nie unieść.

— Staszek. Ja pracuję osiem godzin dziennie. Ty siedzisz w domu i czekasz, aż wrócę. A jak wracam, to nawet herbaty nie mogę sobie zrobić, żebyś nie stał nade mną i nie patrzył.

— To może wcale nie powinienem tu być.

— Może nie.

Zapadła taka pauza, że słyszałam, jak u sąsiadów z dołu puszczają wodę w rurach.

— To jest i mój dom — powiedział w końcu.

— Jest. I co z tego?

— To, że ja tu mieszkam dwadzieścia dwa lata, tak samo jak ty. I nie dam się wypchnąć.

Wtedy zrozumiałam, że to nie jest kwestia spacerów. To jest coś innego. On nie szuka zajęcia. On szuka potwierdzenia, że jest potrzebny. Tyle że robi to w jedyny sposób, jaki umie: obsadzając mnie w roli widowni.

A ja nie chcę być widownią. Chcę być żoną.

W lipcu zapisałam go na badania. Krążył po mieszkaniu z tym skierowaniem jak z wyrokiem. — Sam bym poszedł, gdybym chciał — burknął. — Daj spokój — powiedziałam. — Zrób to dla mnie. W końcu poszedł. Wrócił z wynikami: cukier w normie, serce w normie, ciśnienie w normie.

— No i widzisz — rzucił od progu, zanim zdążyłam zapytać. — Jestem zdrów. A ty się czepiasz.

— Ja się nie czepiam, Staszek. Ja się o ciebie boję.

— Jakbym był chory, to byś się nie bała. Miałabyś spokój.

Odwróciłam się do okna. Po torach jechał tramwaj numer 26. Pomyślałam, że jego pasażerowie mają dokąd jechać, do pracy, do szkoły, po sprawunki. Każdy z nich ma powód, żeby wyjść rano z domu.

Mój mąż go nie ma.

W sierpniu porozmawiałam z naszą córką. Weronika mieszka w Gdańsku, prowadzi aptekę. Powiedziała:

— Mamo, tata zawsze taki był. Tylko że kiedyś go nie było w domu, więc tego nie widziałaś.

— Jak to nie widziałam?

— Bo wracał na noc, a rano wychodził. Byliście razem kilka godzin dziennie. Teraz jesteście razem dwadzieścia cztery. Nie da się tak.

— To mam z nim nie mieszkać?

— Nie wiem, mamo. Ale to, że tata jest denerwujący, nie znaczy, że jest zły. On się po prostu boi, że jest niepotrzebny.

— I co mam zrobić?

— Nie wiem. Może daj mu coś, za co będzie odpowiedzialny.

Odłożyłam telefon i przez chwilę stałam z ręką na klamce balkonowej, patrząc na sroczy gniazdo w kasztanowcu za oknem. Całe życie był odpowiedzialny za nas — za mnie, za Weronikę, za dom, za pieniądze. Na emeryturze zabrali mu wszystko: pracę, pensję, rolę. A ja, zamiast mu coś oddać, tylko go poganiałam. Na spacer, na basen, do biblioteki. Jakbym chciała go wyrzucić.

Następnego dnia usiadłam przy stole z długopisem i wyciągnęłam jesienny plan. Wypisałam: wymiana uszczelek w kuchennym kranie, malowanie parapetów, przegląd pralki, sprzedaż roweru po dziadku, uporządkowanie piwnicy.

— Staszek — powiedziałam — zrobiłam listę. Bez ciebie nie dam rady.

Spojrzał na kartkę. Potem na mnie. Wziął listę do ręki i czytał z miną, jakby sprawdzał umowę o pracę.

— Pralka działa — odnotował.

— Działa, ale buczy. Może łożyska.

— Łożyska się nie opłaca. Trzeba cały bęben wymieniać.

— No to zobacz.

— Zobaczę.

I wyszedł. Nie na spacer. Do piwnicy, po śrubokręty.

Kiedy wrócił, był inny. Nie wesoły — tego nie umiem powiedzieć. Po prostu ruchliwy. Jak człowiek, który ma coś do roboty. Przez całe popołudnie słyszałam, jak majstruje w łazience, a potem powiedział: „Uszczelki skończone. Zobacz, czy przecieka". Nie przeciekało.

Wieczorem usiadłam obok niego na kanapie. Sama. Bez poduszki, bez książki, bez telefonu.

— Staszek, przepraszam — powiedziałam.

— Za co?

— Za to, że chciałam cię z domu wygonić, zamiast cię zatrzymać.

Milczał chwilę, a potem przykrył mnie swoim kocem — tym w kratę, co go mamy od piętnastu lat.

— Zostaję — powiedział. — I będę ci się kręcił po kuchni, i będę gadał o teleturniejach. Ale już cię nie będę pilnował.

We wtorek wróciłam z pracy o szesnastej trzydzieści. Na stole stał słoik z domowym dżemem truskawkowym, jeszcze ciepły, z krzywą etykietką, na której napisał flamastrem: „sierpień, z Różyckiego, tania partia".

— Utargowałem złotówkę za kilogram — powiedział, nie odrywając wzroku od garnka, w którym coś jeszcze bulgotało. — I wiesz co, znów te sroki się kłócą za balkonem. Trzecia doba.

Postawiłam torbę na krześle, wzięłam dwie filiżanki z kredensu i nalałam mu herbaty, zanim zdążył wstać. Usiadł, nabrał łyżeczkę dżemu na chleb, a ja policzyłam: mieszał tym razem tylko dziewiętnaście razy.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

17 + trzy =

# Czterysta osiemdziesiąt tysięcy