Wynajmowałam kawalerkę w kamienicy na Starym Mieście w Toruniu już trzeci rok. Czterdzieści dwa metry, skrzypiąca podłoga, kaloryfer, który grzał tylko wtedy, kiedy miał humor. Za to okna wychodziły na dziedziniec, a nie na ulicę, i właśnie tam, przy trzepaku, znalazłam go pewnej listopadowej środy.
Leżał pod ławką, przemoczony do ostatniej sierści. Mały, bury, z jednym uchem postawionym, drugim złamanym. Nawet nie zaskomlał. Tylko drżał tak, że widać było każde żebro.
Ktoś go wyrzucił z samochodu. Widziała to dozorczyni, pani Halinka, i opowiadała mi potem, że stała z miotłą i nie zdążyła krzyknąć. Auto odjechało w stronę mostu, a pies został.
— Wiesz, jak jest — powiedziała, kiedy wzięłam go na ręce. — Gospodarz cię z mieszkania wywali. Masz to w umowie.
Miałam. Punkt siódmy, podkreślony czerwonym długopisem: zakaz trzymania zwierząt w lokalu. Wynajmujący, pan Mieczysław, emerytowany wojskowy, dopilnował, żeby ten punkt był napisany większą czcionką niż reszta. Mówił, że zwierzę to zniszczenie, smród i awantury. Że jeszcze żaden najemca nie zostawił po sobie porządku, a co dopiero z psem.
Kiedyś bym się nie odezwała. Oddałabym szczeniaka do schroniska, przeprosiła i zapomniała. Ale akurat tego dnia, w tej mokrej kurtce, z tym drżącym psiskiem pod pachą, poczułam coś, czego nie umiałam nazwać. Może złość. Może po prostu zmęczenie tym, że zawsze muszę prosić o pozwolenie.
Zaniosłam go do domu. Wytarłam starym ręcznikiem, dałam mleka z kawałkiem chleba, bo nic innego nie miałam. Nazwałam go Rufus.
Przez dwa tygodnie chodził ze mną do pracy. Pracuję w kwiaciarni przy Szerokiej, więc chowałam go pod ladą między wiadrami z chryzantemami. Siedział cicho jak mysz. Klienci go nie widzieli, ale szefowa tak. Trzeciego dnia powiedziała:
— Jak jeszcze raz przyjdziesz z psem, to szukaj sobie innej roboty. Tu jest higiena, nie schronisko.
Wróciłam do domu i usiadłam na parapecie, patrząc na dziedziniec. Rufus spał na mojej kurtce. Musiałam coś wymyślić. Albo mieszkanie, albo pies. Albo —
I wtedy mój wzrok padł na monsterę. Stała w kącie od dwóch lat, podarowana przez matkę na parapetówkę. Wielkie, dziurawe liście. Lubiłam ją, chociaż nigdy nie umiałam o nią dbać tak, jak trzeba. Podlewałam, kiedy mi się przypominało. A teraz patrzyłam na nią i myślałam tylko jedno: jest duża. Bardzo duża. Ma szerokie, rozłożyste liście, które zasłaniają pół ściany.
Następnego dnia kupiłam w sklepie zoologicznym obrożę. Czerwoną. Zawiesiłam ją na jednym z liści. Na drucianym stelażu, do którego przywiązywałam łodygi, powiesiłam smycz.
Na drzwiach wejściowych przykleiłam kartkę: „Proszę pukać, monstera śpi”.
Pani Halinka, która przychodziła po czynsz, spojrzała na kartkę, potem na mnie.
— Dziecko, co ty wyprawiasz?
— To roślina — powiedziałam. — Bardzo rzadka. Odmiana pnąca. Czasem wydaje dźwięki, jak się ją podlewa.
Rufus, jak na zawołanie, szczeknął z drugiego pokoju.
Pani Halinka zamarła. Spojrzała na monsterę, potem na mnie, potem znów na monsterę. Zauważyła smycz na stelażu. Obrożę na liściu. Długo się nie odzywała.
— Wiesz co — powiedziała w końcu. — Ja tu tylko sprzątam. Nic nie widziałam.
To było w listopadzie. Do stycznia nikt się nie zorientował. Rufus chodził ze mną na spacery wcześnie rano, kiedy kamienica jeszcze spała. Wracaliśmy tylnym wejściem, przez piwnicę. Pani Halinka zostawiała nam uchylone drzwi od śmietnika.
Wszystko szło dobrze, dopóki nie przyszedł przegląd instalacji gazowej.
Zapowiedzieli na wtorek, między ósmą a dwunastą. Wzięłam dzień wolny. Posprzątałam całe mieszkanie, monstera stała pod ścianą, Rufus schowany w łazience. Byłam przygotowana.
Tyle że pan Mieczysław przyszedł razem z gazownikiem. Podobno miał w pobliżu jakąś sprawę, chciał przy okazji obejrzeć, czy nie zniszczyłam podłogi.
Weszli. Gazownik od razu do kuchenki, a pan Mieczysław powoli, po wojskowemu, przeszedł przez pokój. Patrzył na ściany, na parapety, na podłogę. Na chwilę zatrzymał się przy monsterze.
— Ładna — mruknął.
Wtedy Rufus zaszczekał w łazience.
Pan Mieczysław powoli odwrócił głowę. Potem spojrzał na mnie, a ja zrozumiałam, że to już koniec. Że zaraz padnie pytanie, na które nie mam żadnej odpowiedzi.
— Co to było? — zapytał.
Cisza. Taka, w której słychać tykanie budzika z sypialni.
— To monstera — powiedziałam. — Czasami… jak jest przeciąg, to liście tak o siebie uderzają.
— Monstera, która brzmi jak pies — powiedział pan Mieczysław. — Interesujące.
Mogłam skłamać. Mogłam powiedzieć, że to telewizor u sąsiadów, że to dziecko na klatce, cokolwiek. Ale nie powiedziałam nic. Stałam pod ścianą i czekałam, aż to się rozpadnie: mieszkanie, praca, całe moje małe życie na tych czterdziestu dwóch metrach.
Pan Mieczysław podszedł do łazienki. Położył dłoń na klamce. I wtedy, czego nigdy w życiu nie zapomnę, jego telefon zadzwonił.
Dzwoniła żona. Rozmawiał krótko, półsłówkami. „Tak. Teraz nie mogę. Później.” Odłożył telefon, spojrzał na mnie i powiedział:
— Za tydzień przyjdę ponownie. Proszę, żeby mieszkanie wyglądało tak samo jak dzisiaj.
I wyszedł.
Następnego dnia w kwiaciarni pojawił się młody chłopak. Chciał kupić kwiat dla dziewczyny. Pokazałam mu storczyka, ale on kręcił głową.
— Coś większego — powiedział. — Coś, co robi wrażenie.
Pokiwałam i podeszłam do chłodni. Wróciłam z doniczką, w której piętrzyły się rozłożyste liście.
— Monstera — powiedziałam. — Bardzo modna. I łatwa w utrzymaniu.
Zapakowałam ją w szary papier. Kiedy wychodził, powiedział przez ramię:
— Podobno wydaje dźwięki. Jak się ją dobrze podlewa.
Od tego minęło pięć dni. Wczoraj pan Mieczysław przyszedł znowu. Tym razem sam. Otworzyłam drzwi, a on wszedł i usiadł przy kuchennym stole, jakby to było jego mieszkanie. Może zresztą było.
— Nie ma psa — powiedział.
— Nigdy nie było — odparłam, patrząc na monsterę. Na jej liściach wisiała czerwona obroża.
Milczał. Potem wyjął z teczki kartkę, tę samą, na której spisana była umowa z czerwonym podkreśleniem punktu siódmego. Położył ją przede mną i podał mi długopis.
— Proszę przeczytać — powiedział. — Na głos.
Zaczęłam czytać, trzymając kartkę tak mocno, że zgięła się w palcach.
— Punkt siódmy — wykrztusiłam. — Zakaz trzymania zwierząt w lokalu. Zwierzęciem jest istota żywa, zdolna do samodzielnego poruszania się, odżywiania i wydawania dźwięków.
Pan Mieczysław wstał. Podszedł do okna. Odwrócił się do mnie plecami i patrzył na dziedziniec, gdzie pani Halinka zamiatała liście.
— Wie pani, dlaczego dodałem ten punkt? — zapytał.
Nie odpowiedziałam.
— Bo siedem lat temu jeden z najemców trzymał w mieszkaniu papugę. Duża, zielona ara. Wie pani, co zrobiła? Przegryzła kabel od pralki. Mieszkanie spłonęło. Oni się uratowali, papuga nie. Sąd przyznał im odszkodowanie, bo ja nie zabezpieczyłem instalacji.
Odwrócił się. Teraz patrzył prosto na mnie, a ja nie wiedziałam, co z tym zrobić.
— Nie cierpię zwierząt w moich mieszkaniach — dodał. — Ale jeszcze bardziej nie cierpię kłamstwa.
Podpisał coś na kartce, której mi nie pokazał. Schował teczkę pod pachę. W drzwiach na chwilę się zatrzymał.
— Niech pani przynajmniej zdejmie tę obrożę, jak ktoś przyjdzie — rzucił. — Bo to wygląda głupio.
I poszedł.
Nie rozwiązał umowy. Nie kazał się wynosić. Powiedział, że w przyszłym tygodniu przyjdzie sprawdzić kaloryfer, żeby nie było na niego skarg, i żebym nie zapominała zgarniać liści spod drzwi, bo psują wizerunek kamienicy.
Rufus siedzi teraz na parapecie, z nosem przy szybie, i obserwuje gołębie. Obok niego monstera, którą wczoraj przesadziłam do większej doniczki. Obroża wciąż leży na jednym z liści — nie mogę się jakoś zdobyć, żeby ją zdjąć.
A w pracy szefowa powiedziała, że mogę przynosić psa, jeśli będzie leżał w koszyku pod ladą. Ktoś musiał do niej zadzwonić wczoraj wieczorem. Nie wiem kto, ale mam swoje podejrzenia.
Pani Halinka twierdzi, że powinnam zmienić mu imię. Na coś bardziej… botanicznego.



