Mąż, który nie chciał mnie fotografować

Nazywam się Robert, mam czterdzieści jeden lat, prowadzę warsztat samochodowy na obrzeżach Bydgoszczy. Z Martą jesteśmy razem czternaście lat, dwoje dzieci — Zosia ma dziewięć, Antek sześć. We wrześniu pojechaliśmy nad Bałtyk, do Łeby, bo teściowa wzięła dzieciaki na tydzień i wreszcie mieliśmy zostać sami.

Powiem od razu: nie jestem z tych, co potrafią ładnie to wszystko wytłumaczyć. Wtedy na plaży, gdy Marta poprosiła, żebym zrobił jej zdjęcie w tej czerwonej sukience, powiedziałem "nie mam ochoty" i poszedłem po piwo do baru plażowego. Widziałem, jak spuściła głowę. Nie powiedziała nic więcej, tylko usiadła na leżaku i wróciła do telefonu.

A prawda jest taka, że tego dnia rano dostałem telefon od mamy. Ojciec, siedemdziesiąt trzy lata, upadł na schodach w Inowrocławiu, złamał biodro, karetka zabrała go do szpitala na Poznańskiej. Nie powiedziałem o tym Marcie od razu — nie chciałem jej psuć tego wyjazdu, na który zbieraliśmy przez pół roku, dwa tysiące osiemset złotych zaoszczędzonych z warsztatu. Pisałem do brata, Pawła, co godzinę. To jego wiadomości Marta zobaczyła w moim telefonie, kiedy się kąpałem.

Tam, w tej rozmowie z Pawłem, było zdanie, którego się do dziś wstydzę, chociaż wyszło zupełnie inaczej, niż wyglądało z boku: "Wyobraź sobie, tata nie chce zdjęcia do dokumentów w szpitalu, mówi że jest nie do poznania po tym upadku". Chodziło o ojca, o jego twarz posiniaczoną po wypadku, nie o Martę. Ale skąd miała to wiedzieć. Zobaczyła fragment ekranu, zamknęła aplikację i nic mi nie powiedziała.

Następnego ranka zeszła sama na plażę. Miała na sobie tę sukienkę w kolorze wina, którą kupiła trzy lata temu i chowała w szafie, bo mówiła, że "już nie ten wiek, nie ta figura po dwójce dzieci". Zrobiła sobie zdjęcia telefonem — widziałem je później, przypadkiem, ale już bez chowania czegokolwiek. Uśmiechnięta, z wiatrem we włosach, blizna po cesarce widoczna przez rozcięcie sukienki, i miała to gdzieś.

Wróciła do pokoju koło jedenastej. Ja siedziałem na balkonie, telefon w dłoni, rozmawiałem z Pawłem — ojciec przeszedł operację, wszystko dobrze, ale rehabilitacja na dwa miesiące. Powiedziałem jej to od razu, pokazałem cały wątek wiadomości, od początku. Marta przeczytała wszystko, powoli, linijka po linijce.

— To dlaczego nic mi nie powiedziałeś rano — spytała. Głos miała twardy, bez łez.

— Bałem się, że się rozpadniesz. Wiesz, jaka jesteś, kiedy chodzi o twojego teścia.

— A ja pomyślałam, że mówisz to o mnie. Że jestem nie do poznania.

Nie umiałem od razu odpowiedzieć. Ta cisza, która wtedy między nami stanęła, nie była o telefonie ani o zdjęciu na plaży. Przypomniałem sobie, ile razy w tym roku mówiłem jej "ładnie wyglądasz" tylko wtedy, gdy pytała wprost, stojąc przed lustrem w przedpokoju, gotowa do wyjścia — a ona nigdy nie pytała bez powodu.

Zostały nam jeszcze cztery dni w Łebie. Nie wyjechaliśmy wcześniej, chociaż miałem ochotę spakować się i uciec od tej rozmowy. Zamiast tego usiedliśmy na tarasie kawiarni przy molo, zamówiłem dwie gofry z owocami — dwadzieścia dwa złote za komplet — i powiedziałem jej, że ojciec leży w szpitalu, że bałem się, że straci nogę na starość, że nie umiem mówić o strachu inaczej niż milczeniem.

Trzeciego dnia sam wziąłem jej telefon z rąk. Powiedziałem: stań przy tych łodziach, tam gdzie sieci suszą się na palach. Zrobiłem jej dwadzieścia zdjęć, może trzydzieści. Kazała mi kasować te, gdzie "widać brzuch od złej strony". Skasowałem jedno. Reszty nie ruszyłem.

W drodze powrotnej, już w Bydgoszczy, poszła do salonu fotograficznego przy ulicy Gdańskiej i wydrukowała jedno zdjęcie z plaży — to, gdzie stoi sama, w wietrze, z tą blizną widoczną przez rozcięcie sukienki. Oprawiła je w drewnianą ramkę, dwadzieścia dziewięć złotych z przeceny, i postawiła na komodzie w sypialni, obok zdjęcia ślubnego.

Nie prosiłem, żeby je zdjęła. Ona nie prosiła mnie, żebym powiedział, że żałuję — chociaż powiedziałem, kilka razy, w różne wieczory, kiedy dzieci już spały. Wczoraj wieczorem, kiedy Marta czesała włosy przed lustrem w sypialni, podszedłem od tyłu, wziąłem od niej szczotkę i sam dokończyłem, pasmo po paśmie, aż zapytała, co ja wyprawiam. Powiedziałem tylko, że lubię patrzeć, jak jej włosy błyszczą w tym świetle z lampki nocnej. Odłożyła szczotkę na komodę, obok ramki z tamtym zdjęciem, i nic więcej nie powiedziała — ale w lustrze zobaczyłem, że się uśmiecha.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

16 − trzy =

Mąż, który nie chciał mnie fotografować