Byłam przygnębiona i samotna – nie miałam ani męża, ani dzieci, ani pracy

Byłam przygnębiona i samotna - nie miałam ani męża, ani dzieci, ani pracy

Bez męża, bez dzieci, bez pracy – w takim miejscu swojego życia byłam 15 lat po ukończeniu szkoły średniej. Do dziś nie wiem, jakim cudem zdecydowałam się pójść na jubileuszowe spotkanie mojej dawnej klasy… Z perspektywy czasu jednak wiem, że to chyba los kazał mi podjąć taką deycyzję, bo inaczej nigdy nic w moim życiu po prostu by się nie zmieniło.

Najlepsze, co spotkało mnie w szkole, to znajomość z Teresą, moją najlepszą przyjaciółką. 15 lat po ostatnim dzwonku wciąż byłyśmy bardzo blisko. Do dziś nie mogę uwierzyć, że urocza i radosna Teresa, która łatwo znajdowała drogę do serca każdego, wolała moje towarzystwo niż innych.

Ja byłam najcichszą dziewczyną w klasie, może i w całym roczniku – milcząca, nieśmiała, czułam się absolutnie nieporadna… Zawsze podejmowałam decyzje powoli i ostrożnie podchodziłam do każdej zmiany w swoim życiu. Nie tak jak Teresa – ona naprawdę żyła pełnią życia… 15 lat po maturze miała dobrze płatną pracę, którą lubiła, ciągle nawiązywała nowe znajomości i przyjaźnie, miała za sobą rozwód i cudowną 7-letnią córeczkę… A ja byłam przytłoczona marną pracą, bo musiałam jakoś płacić rachunki, na które ciągle brakowało mi pieniędzy. Czułam się ciągle przygnębiona, trudno było mi nawiązywać nowe znajomości, poza tym uważałam, że jestem beznadziejna. Poza jedną poważniejszą relacją, którą przeżyłam w wieku 22 lat, a która zakończyła się złamanym sercem, nie mogłam pochwalić się żadnym szczególnym życiem miłosnym…

Jako uczennica byłam blisko tylko z Teresą – większość moich kolegów i koleżanek z klasy mnie ignorowała, niektórzy wręcz unikali… Kiedy pojawił się pomysł, by spotkać siępo 15 lat od ukończenia szkoły, nie miałam na to ochoty. Dwa dni wcześniej zostałam powiadomiona, że moje stanowisko w pracy zostanie zlikwidowane i, szczerze mówiąc, byłam całkowicie zrezygnowana i przygnębiona…

Jednak Teresa nie dała mi spokoju. Dzwoniła prawie bez przerwy, aż w końcu prawie zmusiła mnie do tego, abym poszła tam z nią. Nawet podarowała mi sukienkę i zapłaciła za fryzjera z tej okazji…

Wieczór dla mnie był nawet gorszy i bardziej przygnębiający niż się spodziewałam. Napatrzyłam się na eleganckie stroje, drogie samochody i przede wszystkim na ciągle pokazywane zdjęcia małżonków i dzieci. Jeden po drugim moi byli koledzy i koleżanki z klasy opowiadali o prestiżowych stanowiskach, które zajmowali, lub o egzotycznych wakacjach, którymi urozmaicali swoje życie. Nie pozostało mi nic innego, jak znaleźć jakieś bardziej zaciszne miejsce, powoli sączyć swoje wino i zastanawiać się, jak wymknąć się z restauracji i wrócić do domu, nie urażając przy tym Teresy.

W pewnym momencie zaczęło mi się robić słabo – najwyraźniej od wypitego wina, ponieważ zazwyczaj rzadko piję alkohol. Postanowiłam wyjść do ogrodu, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza. Stałam w ciemności na podwórku z nadzieją, że żaden życzliwy były kolega czy koleżanka z klasy mnie nie zauważą i nie zaczną opowiadać o swoim wspaniałym życiu… Potrzebowałam być sama i byłam głęboko zatopiona w ponurych myślach, kiedy usłyszałam jakieś stłumione dźwięki. Wsłuchałam się – ktoś płakał.

Na ciemnych schodach siedział mały chłopiec – wydawało mi się, że miał 4-5 lat, i płakał. Zapytałam go, co się stało i czy mogę mu pomóc. Ledwo zrozumiałam z jego opowieści, pełnej łez, że jakieś starsze chłopaki zabrały mu rower. A rower był prawie nowy – jego tata dał mu go na urodziny i teraz na pewno bardzo się zdenerwuje, że wyszedł z rowerem sam…

Podarowałem szczeniaka samotnej kobiecie, a ona cieszy się tak bardzo, że aż brak mi słów

Stopniowo dowiedziałam się, że ojciec dziecka pracuje w restauracji, w której odbywała się nasza uroczystość. Chłopiec wymknął się z domu, nie ostrzegając babci i dziadka, wziął rower i postanowił przyjechać do taty… Obiecałam dziecku, że pójdę z nim i porozmawiam z jego tatą. Wyjaśniłam mu, że nie może zostać na zewnątrz, bo będzie już tylko coraz ciemniej i zimniej.

Stopniowo Bożydar (tak miał na imię chłopiec) uspokoił się i poszliśmy szukać jego ojca. Okazało się, że jest właścicielem lokalu. Zastaliśmy go bardzo zaniepokojonego – już dowiedział się od rodziców, że dziecko wyszło samo i nie mogą go znaleźć… Nigdy nie zapomnę tej sceny: duży mężczyzna z czarnymi kręconymi włosami, który w momencie, gdy zobaczył dziecko, uklęknął przy nim, przytulił je i zapłakał. Uznawszy, że nie jest już stosowne, bym została dłużej, cicho się wymknęłam.

„Przepraszam, obawiam się, że zaszła ogromna pomyłka” – tak powitałam kuriera, który zadzwonił do moich drzwi z ogromnym bukietem różowych róż, uparcie twierdząc, że kwiaty są dla mnie. Naprawdę, w jego dokumentach widniało moje imię i adres. Do bukietu dołączone były dwa listy – dla mnie!

Jeden był bardzo krótki, napisany krzywymi literami i brzmiał: „Proszę, przyjdź mnie odwiedzić”. To był list od małego Bożydara. Drugi list było od jego ojca, który dziękował mi za odnalezienie dziecka i doprowadzenie go do niego. On również nalegał, żebym ich odwiedziła w restauracji. Chyba nie muszę mówić, że Teresa nie pozwoliła mi odmówić tego zaproszenia…

W ten sposób poznałam mojego przyszłego męża – Irka, ojca Bożydara, który owdowiał, gdy matka chłopca zginęła w wypadku.

Od tamtego koszmarnego wieczoru (mam na myśli jubileuszowe spotkanie z moimi kolegami z klasy) minęło 7 lat, które śmiało mogę nazwać najszczęśliwszymi w moim życiu.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

pięć × 2 =

Byłam przygnębiona i samotna – nie miałam ani męża, ani dzieci, ani pracy