Uratowałam dziecko mojej zmarłej przyjaciółki przed krewnymi, którzy chcieli tylko pieniędzy i nie zależało im na dziecku

Uratowałam dziecko mojej zmarłej przyjaciółki przed krewnymi, którzy chcieli tylko pieniędzy i nie zależało im na dziecku

Mieszkałam z rodzicami, babcią i dziadkiem w malowniczej wiosce w górach. Przez wioskę płynęła rzeka, której szum słyszałam każdego ranka. Miałam wiele przyjaciółek, ale szczególnie bliska była mi Marta.

Kiedy ukończyłam czwartą klasę szkoły podstawowej tata zdecydował, że tutaj nie czeka nas dobra przyszłość, więc przeprowadziliśmy się do miasta. Nie mogłam przywyknąć do ciągłego hałasu i dźwięków samochodów, chaosu, nadętych ludzi. Brakowało mi ciszy wsi, rzeki i Marty, dlatego też każdą przerwę, każdy wolny dzień spędzałam na wsi i nie chciałam wracać do miasta, ale nie miałam wyboru.

Ukończyłam szkołę średnią, a potem zmarli dziadkowie. Rodzice sprzedali wiejski dom, aby kupić większe mieszkanie w mieście. Pojechałam na studencką pracę sezonową do Anglii i już nie wróciłam. Zapisałam się na jeden z uniwersytetów w Londynie i zarobiłam wystarczająco dużo pieniędzy, by opłacić czesne za pierwszy rok. Później znalazłam pracę i mogłam się utrzymać bez obciążania rodziców. Oni jednak nie mieli nic przeciwko, żeby pomagać mi finansowo – w końcu byłam jedynaczką, a oni naprawdę dobrze zarabiali. Wracałam tylko latem do domu, żeby ich odwiedzić, a przy okazji jeździłam na wieś do Marty.

Lata mijały, a mama ciągle mi mówiła, że chciałaby mieć wnuka, ale ja skończyłam studia i goniłam za karierą. Nie myślałam o rodzinie i dzieciach. Bardzo się ucieszyłam, kiedy któregoś lata Marta powiedziała mi, że wyszła za mąż i spodziewa się dziecka. Urodziła się jej piękna córeczka.

Ponieważ Marta nie miała komputera, nie mogłyśmy rozmawiać przez Skype, więc kontaktowałyśmy się przez telefon. Dwa-trzy lata później dowiedziałam się, że mąż ją zostawił i wyjechał na drugi koniec Polski, nie dając jej ani grosza na życie. Zaczęłam więc przesyłać jej pieniądze. Nie pracowała, była sierotą i nie miała znikąd żadnej pomocy. Kiedy wracałam do Polski, przywoziłam ubrania dla niej i jej córeczki Róży. Cieszyłam się na widok małej i bawiłam się z nią. W pewnym momencie Marta przestała odbierać ode mnie telefony. Nie wiedziałam, co się dzieje i bardzo się martwiłam. Rozmawiałam z rodzicami, ale oni też nic nie wiedzieli. Powiedzieli mi, że kiedy ostatnio byli na wsi, wszystko u Marty było w porządku. Coś jednak mnie niepokoiło i czułam, że nie jest tak, jak mówią. Nadal jednak przesyłałam pieniądze Marcie i skoro nie wracały, trochę się uspokoiłam.

Ledwo doczekałam lata i wsiadłam do samolotu. Zostałam dzień-dwa u rodziców i powiedziałam im, że jadę na wieś. To, czego się dowiedziałam wstrząsnęło mną, a łzy same popłynęły z moich oczu – okazało się, że Marta nie żyje. Z domu Marty dobiegał płacz dziecka i rozpoznałam głos Róży. Ocknęłam się, wstałam i pchnęłam drzwi, żeby wejść. Jakaś złośliwa kobieta krzyczała na dziewczynkę, a ona skulona w kącie drżała jak liść. Nie było śladu po schludnym i czystym domu mojej przyjaciółki. Wszystko było brudne i w nieładzie. Kiedy mnie zobaczyła, Róża rzuciła się na mnie i przytuliła. Zapytałam ją, kim jest ta wiedźma i co tu robi. Tamta spojrzała na mnie pogardliwie i oznajmiła, że jest ciotką dziecka.

Dopiero po tym, jak straciliśmy naszego syna, pokochałam i doceniłam mojego męża

Jej brat, czyli ojciec Róży kazał jej po śmierci Marty brać pieniądze, które przesyłałam, i kupować córce jedzenie i ubrania. Ale ona najwyraźniej brała je dla siebie, a dziecku zostawały tylko okruszki. Wyjaśniła mi, że trudno jej prowadzić dwa domy. Nie zabrała Róży do siebie, bo jej mąż się na to nie zgadzał. Kiedy wychodziłam dziecko błagało mnie, żebym jej nie zostawiała. W jej oczach było tyle bólu i smutku i ciągle pytała: „Mama, czy ona wróci? Ona poszła na chwilę do nieba i wróci, żeby ugotować mi fasolkę, prawda?”. Zatkało mnie. Prosto wyjaśniłam Róży, że mama jest w lepszym miejscu i zawsze będzie o niej myśleć i ją kochać. Wygoniłam jej ciotkę z domu, zabrałam dziewczynkę ze sobą i zawiozłam ją do rodziców. Trudno było mi im wybaczyć, że nie powiedzieli mi prawdy o Marcie, a oni tłumaczyli się, że nie chcieli mnie martwić.

Zaczęłam załatwiać formalne sprawy i zaprowadziłam ich do domu, żeby pokazać, w jakich warunkach żyła Róża. Żeby zobaczyli, jaka to jest nędza, jak słabe jest dziecko, że nie chodzi do przedszkola i nie ma żadnych kontaktów społecznych. Urzędnicy odnaleźli jej ojca, ale on odmówił opieki nad nią. Tak więc Róża została u nas. Zadzwoniłam do moich przełożonych w Anglii i przedłużyli mi urlop. Z wielkim trudem stałam się opiekunką dziewczynki. To bardzo mądre dziecko, ma oczy Marty i odziedziczyła jej dobroć. Kupiłam jej ubrania, zapisałam do przedszkola, a moja mama była zadowolona, że w domu wreszcie będzie słychać dziecięcy śmiech. Zanim wyjechałam, zabrałam Różę na grób mojej przyjaciółki. Popłakałyśmy, pomodliłyśmy się za jej duszę i zasadziłyśmy jej ulubione fiołki.

Tym razem wyjechałam do Londynu ze ściśniętym sercem i obiecałam sobie, że to będzie mój ostatni rok na obcej ziemi. Teraz jestem tu, w Anglii ale świadomość, że uratowałam sierotę przed obojętnymi krewnymi sprawia, że jest mi lepiej i lżej na sercu. Cieszę się, że Marta z tamtego światamoże już być spokojna o nią. Nie wyobrażacie sobie, jak bardzo się cieszę, kiedy widzę Różę na Skype i słyszę jej głos: „No, wracaj już!”

Mój chłopak, także Polak, jest bardzo dumny z mojego postępowania i wspiera mnie we wszystkim. Mamy niespodziankę dla mojej rodziny. Jeszcze nie wiedzą, że obdarzymy ich wnukiem i wkrótce będziemy miećdwoje dzieci. A na wiosnę, tuż przed tym szczęśliwym wydarzeniem, wrócimy do Polski na zawsze.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

trzy × 5 =

Uratowałam dziecko mojej zmarłej przyjaciółki przed krewnymi, którzy chcieli tylko pieniędzy i nie zależało im na dziecku