Jestem już w drugim małżeństwie, podobnie jak i mój mąż, który ma za sobą dosyć burzliwy rozwód. Z pierwszego związku ma córkę, której ja nie jestem w stanie pokochać.
Z Markiem od roku jesteśmy małżeństwem. Ja mam syna z pierwszego małżeństwa, on – jak już wcześniej wspomniałam – ma córkę, a niedawno jeszcze urodziło się nasze wspólne dziecko.
Córka męża mieszka z nami. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że nie potrafię traktować jej tak samo jak swoich biologicznych synów. Kocham swoje dzieci, całuję je, rozmawiam z nimi i jestem dla nich po prostu matką, a co do córki męża czuję po prostu jakiś dystans. Staram się traktować wszystkie dzieci jednakowo, ale nie potrafię, bo jakoś podświadomie różnicuję dzieciaki. Czuję, że mąż to zauważa, ale jeśli chodzi o niego i jego relacje z moim synem, to one są również bardzo napięte. Różnica jest jednak taka, że mój syn ma ojca, z którym utrzymuje kontakt, a ta dziewczynka nie ma matki. Po rozwodzie rozpiła się, zaczęła także brać bardzo ciężkie narkotyki i trafiła do ośrodka odwykowego, w którym jest do tej pory, a i tak nie wiadomo, czy po wyjściu z niego kobieta będzie w stanie zaopiekować się córką. Nie mogę jej zastąpić matki, więc ciągle mam wyrzuty sumienia w kwestii tego, że nie potrafię jej pokochać, ale przecież do miłości nie można się zmusić.
Zastanawiam się, czy w ogóle powinnam wchodzić z Markiem w związek. On oczekiwał, że będę mamą dla jego córki, że będę okazywać prawdziwą, madczyną miłość, a ja zachowuję się jak zwykła macocha. Kiedy ona się bawi, cieszy z czegoś, mnie to irytuje. Oczywiście często też ganię swojego starszego syna, ale z nim szybko się godzimy i zapominamy o wszystkim, a z nią pozostaje chłód i widzę, że jest na mnie bardzo obrażona. Jak zbudować relacje w rodzinie, żeby wszystkim było dobrze?

