Jestem młodą kobietą, bo mam zaledwie 25 lat. Niestety, niby w tym wieku należałoby się cieszyć życiem, ale ja jestem nieszczęśliwa. Bardzo wcześnie wyszłam za mąż, bo mając zaledwie 20 lat. Rok później byłam już matką, a w wieku 23 lat zostałam wdową. Bardzo mną to wstrząsnęło i mnie rozbiło, ale staram się żyć mimo wszystko dalej.
Kiedy miałam 24 lata, poznałam mężczyznę, z którym po kilku miesiącach było już tak poważnie, że nawet razem zamieszkaliśmy. Na początku wszystko było idealne: dobrze traktował mojego syna, a jeszcze lepiej mnie, czułam się przy nim jak księżniczka. Wszystko zmieniło się po 1,5 miesiąca od kiedy zamieszkaliśmy razem.
Wiktor zaczął krzyczeć na mojego syna, stawiał go w kącie, a nawet parę razy go próbował uderzyć. W stosunku do mnie przestał być taki czuły i miły, a zaczął być niegrzeczny. Przestał dawać mi kwiaty, nigdzie mnie już nie zabiera, a jeśli razem już gdzieś wychodzimy, to tylko na zakupy spożywcze do sklepu.
W Boże Narodzenie zaprosiliśmy do nas jego mamę i to był jeden z koszmarniejszych wieczorów. Narzekał na mnie, że wszystko źle przygotowałam, że zrobiłam jedzenie bez smaku, że źle posprzątałam dom. Nie usłyszałam o sobie ani jednego dobrego słowa.
Na wszystkie moje próby usprawiedliwienia się przerywali mi i oskarżali o to, że jestem leniwa i nic nie robię przez cały dzień, więc chociaż w święta mogłabym sobie darować wymówki. Oczywiście to nieprawda, bo cały dzień zajmuję się domem i synem. Oni jednak mnie wyzywają i powtarzają, że powinnam się wziąć za robotę, a nie siedzieć w domu. Problem w tym, że syn mocno choruje, ja zresztą też i przez to nie mogę wrócić do pracy, a kiedyś byłam księgową.
Nie wiem już, co mam zrobić, znosić to wszystko dalej, czy odejść? Po prostu wciąż go kocham, on chce mieć dzieci, ale jakoś nie mogę zajść w ciążę. Nie wiem, co robić, czy coś się jeszcze zmieni na lepsze? Bardzo kocham mojego syna, ale też kocham partnera.

