Najpierw chciałam dostać pracę w biurze tłumaczeń. Praca z tekstami podobała mi się znacznie bardziej niż z żywymi ludźmi, a tym bardziej z dziećmi czy młodzieżą. Nie chciałam absolutnie pracować w szkole i od razu wyeliminowałam tę opcję.
Chciałam więc znaleźć pracę jako tłumaczka języka francuskiego lub angielskiego. Czy mi się to udało? Częściowo. Oficjalnie nikt nie chciał zatrudnić, więc przez około rok pracowałam jako freelancer, na szczęście udawało mi się wciąż godnie żyć.
Zarobione pieniądze wystarczały mi na życie, chociaż nie powiem – czasami spędzałam na tłumaczeniu całe dnie i nie miałam czasu dla siebie. Nie pamiętam, jak wpadłam na pomysł założenia własnego biura tłumaczeń, ale tak jak pomyślałam, zrobiłam i teraz mama własny biznes. Początkowo zamówień było bardzo mało. Musiałam nawet sprzedać własną kawalerkę, którą dostałam od mojej babci, aby tylko mój interes nie padł. Przez około rok sama robiłam tłumaczenia od rana do późnej nocy. Rok później byłam w stanie spłacić wszelkie kredyty i zobowiązania oraz zaczęłam żyć na jakimś normalnym poziomie. Kiedy w końcu moja działalność zaczęła przynosić znaczne zyski, nie mogłam uwierzyć we własne szczęście. Zatrudniłam 6 osób, które pracowały w pełnym wymiarze godzin i 3 pracowników zdalnych, takich dorwyczych.
Pewnego dnia nie zadzwoniła do mnie mama. Poprosiła o zatrudnienie u mnie syna swojej przyjaciółki. Wtedy akurat zwolniło się u mnie miejsce i zgodziłam się. Potrzebowałam kogoś z dobrą znajomością technicznego angielskiego.
W poniedziałek o wyznaczonej godzinie nikt nie pojawił się na rozmowie kwalifikacyjnej. We wtorek zapomniałam już o synu przyjaciółki matki, gdy nagle pojawił się o godzinie 11.
– Dzień dobry.
– Dzień dobry. A Pan to kto?
– Jestem Andrzej. Wiesz, jaki Adnrzej?
– Nie? Jaki Andrzej?
– Musisz wiedzieć, kim jestem.
– Poważnie?
– Tak. To gdzie będę siedział i pracował?
Wtedy zrozumiałam, kim on jest. Uznałam, że ok, pozwolę mu pokazać, co potrafi.
Facet otrzymał tekst w języku angielskim, który mu wcześniej wydrukowałam. Trzeba było go przetłumaczyć na język polski.
Minęło 10 minut, a drzwi do mojego pokoju się otwarły. Andrzej podał mi kartkę.
Byłam zdumiona, że taki ciężki tekst przetłumaczył w tak krótkim czasie, a w dodatku przepisał go na komputer. Najwyraźniej chłopak jest naprawdę bystry.
Zaczynam jednak czytać tłumaczenie i… Podam przykład zdania, które przetłumaczył, niby na język polski, chociaż to w ogóle po polsku nie brzmiało po polsku: „Tuleja metalowa zimna, aby pewnego dnia umieścić należne miejsce w dziewięciu miejscach”.
Wściekłej wymsknęło mi się „Idź już stąd, idioto” .
Okazało się, że zeskanował tekst, a tłumaczenie nie było jego, tylko tłumacza Google. Nie spojrzał nawet na to, co „stworzył”, tylko wydrukował tekst i przyszedł z tym do mnie.
Ledwo się uspokoiłam, naprawdę byłam w szoku od takiej bezczelności. Piłam kawę i nagle ktoś zadzwonił. Nie znałam tego numeru, ale go odebrałam, bo myślałam, że to może kolejny klient.
– Halo?
– Co, taka jesteś ważna, że wywalasz biednego chłopaka z pracy? Starał się!
– Gdyby sobie poradził, to bym go nie wyrzucała, więc nie rozumiem, o co chodzi.
– Wredny babsztyl! Niech Cię cholera weźmie!
I tak skończyła się ta historia.

