Cześć! Jestem facetem, mam 19 lat i wcale nie mam przyjaciół. Szukam w sobie, analizuję całe moje życie i próbuję zrozumieć, dlaczego moje życie tak się potoczyło, ale ciągle z tej analizy wychodzi tylko jedna rzeczy.
Jako dziecko, kiedy jeszcze chodziłem do przedszkola, miałem przyjaciół: chłopców i dziewczyny. To był najlepszy czas, który wspominam do teraz. Wszyscy mnie dobrze traktowali, nie kłóciłem się z nikim, chociaż wiadomo, czasami pojawiały się jakieś drobne różnice zdań, jak to między dziećmi, ale raczej żyłem z innymi dziećmi dobrze i spojkojnie.
Niestety, kiedy tylko poszedłem do szkoły, to wszystko się zaczęło. Chodzi o to, że moja mama jest dyrektorką w tej szkole, więc sami wiecie, jak dzieci takich osób są traktowane w szkole przez innych nauczycieli, dosyć… stronniczo, jeśli miałbym to delikatnie ująć. Wówczas, gdy poszedłem do pierwszej klasy nie minął nawet miesiąc, kiedy wszyscy z klasy nagle zdecydowali, że na pewno mówię wszystko w domu matce i po prostu na nich „kabluję”. Dla nich byłem parszywym „kapusiem” mimo, że nigdy nie powiedziałem słowa o tym, co robią moi koledzy i koleżanki z klasy. Z każdym rokiem było jednak coraz gorzej, a etykietka „kapusia” ciągnęła się za mną jak smród. Nie mogłem spokojnie przejść korytarzem szkolnym, bo ciągle ktoś mnie wyzywał, popychał, podkładał nogę. Ja milczałem, bo wiedziałam, że to nic nie da, a może i jeszcze sprowokuje oprawców do gorszego zachowania. Frustracja i uraza jednak zżerała mnie od środka.
Mój mąż zaginął, a ja cieszę się, że go nie ma i najbardziej boję się, że kiedyś wróci do domu
Nigdy na nic nie narzekałem, szczególnie matce, ale w środku naprawdę cierpiałem. Jeśli chodzi o traktowanie przez nauczycieli to z czasem było też gorzej, szczególnie w przypadku nauczycielki fizyki. Uwzięła się na mnie tak bardzo, że potrafiła pytać mnie co lekcje. Dostawałem dużo złych ocen, a matka na mnie krzyczała i karała, nie widząc tego, że coś się u mnie dzieje złego. Nikt nie widział, że w głębi duszy po prostu cierpię.
Byłem upokorzany aż do ukończenia szkoły, nie poszedłem nawet na ostatnią szkolną imprezę. Najgorsze jest jednak tak, że jestem tak przyzwyczajony do bycia sam, że nie potrafię nikoogo do siebie dopuścić i zaufać, że ktoś może mnie po prostu polubić za to, kim jestem. Poszedłem na uniwersytet i widzę, że inni studenci są dla mnie mili, ale boję się do nich zbliżyć. Boję się, że to tylko pozory, a tak naprawdę za moimi plecami śmieją się ze mnie i wyszydzają.

