Wyszłam za mąż dosyć wcześnie, bo w wieku 20 lat i teraz myślę, że za bardzo się z tym pospieszyłam. Moja mama wtedy bardzo mnie prosiła o to, żebym poczekała ze ślubem, najpierw skończyła studia, ale ja nie słuchałam. Byłam owładnięta ślepą miłością, która pozbawiła mnie całkowicie zdrowego rozsądku. Już półtora roku po ślubie urodził się nam syn.
Kiedy jeszcze byłam w ciąży, nagle przestałam patrzeć przez różowe okulary i zobaczyłam, jaki mój mąż jest naprawdę. Był podłym tyranem, który pastwił się nade mną. Kiedy teraz to wszystko wspominam, na samą myśl robi mi się aż niedobrze. Wtedy zobaczyłam, że mąż mnie tak naprawdę nie kocha, czułam też, że mnie zdradza. Nie miałam może namacalnych dowodów, ale mam dobrą intuicję i byłam wręcz przez to tego pewna. Z każdym rokiem było tylko gorzej, a on traktował mnie jak zwykłego śmieci, a nie kobietę.
Pewnego dnia bardzo się pokłóciliśmy i w nerwach mąż narzucił tylko na siebie kurtkę, a potem gdzieś wyszedł, mając na sobie same kapcie. Domyśliłam się, że to nie był koniec, a dopiero początek. Ciągle tak robił. Wychodził do całodobowego sklepu monopolowego, wracał pijany i atakował mnie ponownie, nowymi wyzwiskami i poniżeniami. Tamtego razu też już nastawiłam się psychicznie, że znowu wszystko wróci. Czekałam, ale on nie wrócił już tamtej nocy. Przez to czekanie na niego zasnęłam nad ranem i zaspałam, nie zawożąc dziecka do żłobka. Myślałam, że pijany mąż trafił do izby wytrzeźwień albo śpi gdzieś w parku.
Mąż jednak nie wrócił ani następnego dnia, ani 3 dni później, ani nigdy potem. Byłam przerażona, czekając na niego i bojąc się, jak to tym razem się skończy, co mi zrobi. Jednak nic się nie wydarzyło.
Zgłosiłam sprawę na policję, jest od dawna poszukiwany, ale bez skutku. Mój syn dorósł, ma już własną rodzinę, więc niech to tylko zobrazuje, ile czasu minęło.
Może to zabrzmi okropnie, ale cieszę się, że go nie ma, chociaż ta niepewność sprawia, że czasami strach powraca. Nadal boję się, że mój mąż wróci do domu. Modlę się, żeby to nigdy nie nastąpiło.




