Kiedy rzuciłem pracę w sortowni kurierskiej pod Krakowem, myślałem, że gorzej już być nie może. Tam przynajmniej człowiek wiedział, za co dostaje te marne grosze. Ale jak zobaczyłem ogłoszenie na słupie przy ulicy Starowiślnej — „Przenoszenie worków, 80 złotych za dzień, wypłata codziennie” — to pomyślałem: może jednak los się uśmiechnął.
Zadzwoniłem pod numer. Odebrał facet, który przedstawił się jako Roman. Umówiliśmy się na piątą rano przy placu targowym na Grzegórzkach. Miałem przyjść w starych butach roboczych, bo „praca konkretna będzie”.
Przyszedłem. Czekało nas dwunastu chłopa. Wszyscy obcy, każdy z innej dzielnicy. Roman podjechał starą Nyską, wyjął z saszetki plik banknotów i pomachał nam przed nosem.
— Proste zasady — powiedział. — Sto worków na łebka dziennie. Jak zrobisz więcej, dostaniesz premię. Dwa razy po dwadzieścia złotych. Płacę wieczorem, po rozładunku.
Zapytałem, co to za praca. Gdzie te worki, ile ważą, czy daleko nosić.
Roman wzruszył ramionami.
— Cement. Pół worka to standard. Nosisz z samochodu do piwnicy w kamienicy. Trzy, cztery punkty dziennie. Normalna robota. Nie rozumiem, czemu nikt się nie zgłasza.
Rzeczywiście, ogłoszenie wisiało podobno od tygodnia. A chętnych było nas dwunastu. Z czego dziesięciu zniknęło po pierwszym dniu.
Pierwszego dnia dotrwało sześciu. W tym ja.
Drugiego dnia zostało nas czterech. Roman podniósł stawkę do dziewięćdziesięciu złotych i rzucił, że „widzi we mnie potencjał”.
Trzeciego dnia zrozumiałem, o co chodzi. Wyjechaliśmy z bazy o czwartej nad ranem. Pojechaliśmy nie do żadnej kamienicy, tylko na obrzeża Nowej Huty, gdzie stał stary magazyn po zakładach tytoniowych. W środku śmierdziało wilgocią i chemią.
— To nie cement — powiedziałem.
Roman zmierzył mnie od stóp do głów, jakby sprawdzał, czy się przestraszę.
— A co? — zapytał.
— Worek waży z pięćdziesiąt kilo, nie dwadzieścia pięć. I to nie jest cement, tylko coś innego. Sucha zaprawa, tynk… a może wapno. Płuca się tym rozwala.
Roman roześmiał się i poklepał mnie po ramieniu.
— Młody, a cwany. Zaprawa klejowa. Trochę się pyli, ale to nie azbest. Normalny towar.
Tylko że potem zobaczyłem, jak rozładowujemy to nie do piwnicy, tylko do garażu pod blokiem. W garażu stał mały mieszalnik. I facet, który to odbierał, podpisywał coś na kartce. Nie wyglądał na budowlańca. Wyglądał na kogoś, kto nie chce być widziany.
Czwartego dnia spytałem Romana wprost.
— To co, lejemy z tego posadzki w blokach na dziesięcioleciach? Bez faktury, bez pozwolenia?
Roman nie odpowiedział. Dopiero wieczorem, gdy wypłacał nam pieniądze, powiedział, że „jak mi się nie podoba, to mogę nie przychodzić”. Ale dodał też, że stawka rośnie do stu dwudziestu.
Piątego dnia miałem nie przyjść. Naprawdę nie chciałem. Leżałem w kawalerce na Prądniku Białym, patrząc przez okno na mural z papieżem, i liczyłem, ile jeszcze dni do dziesiątego, kiedy trzeba zapłacić czynsz. Nie chodziło tylko o pieniądze. Chodziło o to, że coś tu śmierdziało. I to nie zaprawa.
Ale poszedłem. Bo była żona zagroziła, że nie da mi widywać córki, jeśli znowu spóźnię się z alimentami. Bo nie miałem żadnego innego wyjścia.
Szóstego dnia dowiedziałem się prawdy. Roman zabrał nas do innego magazynu, tym razem na Dębnikach. Tym razem chłopaków było już tylko dwóch oprócz mnie. Rozładowywaliśmy worki do pomieszczenia, w którym stały butle z gazem i jakieś beczki. Kiedy Roman wyszedł na papierosa, jeden z tych dwóch — facet koło pięćdziesiątki, z tatuażem w kształcie syrenki na przedramieniu — powiedział cicho:
— Wiesz, co to jest? To nie żadna zaprawa klejowa. To anhydryt. Stary tynk. W Niemczech już dawno go zakazali. Po wyschnięciu pyli gorzej niż azbest. Wdychasz to i po dziesięciu latach masz raka.
Poczułem, jak serce zaczyna mi walić w gardle.
— Skąd wiesz? — zapytałem.
— Bo kiedyś to układałem. W latach dziewięćdziesiątych. Teraz mam drugą grupę inwalidzką i mówię ci: uciekaj, póki możesz.
— To czemu sam nie uciekasz?
Popatrzył na swoje dłonie, zniszczone, z popękaną skórą, jakby czekał, aż same odpowiedzą. Po chwili wzruszył ramionami.
— Bo nie mam dokąd.
Tego wieczoru Roman wypłacił mi sto trzydzieści złotych i powiedział, że widzi we mnie „swojego człowieka”. Zaproponował stałą współpracę. Powiedział, że za miesiąc będę mógł zarabiać nawet pięć tysięcy. Nie muszę nic robić, tylko nosić worki.
Miałem wrócić kolejnego dnia.
Zamiast tego poszedłem do Powiatowego Inspektoratu Nadzoru Budowlanego przy ulicy Szlak. Wcześniej, jeszcze w magazynie na Dębnikach, nabrałem z rozsypanego worka dwie garście proszku do dwóch woreczków strunowych — jeden schowałem głęboko w podszewce kurtki, drugi trzymałem pod ręką. Ten drugi zważyłem: czterdzieści siedem dekagramów, i właśnie jego zostawiłem w inspektoracie jako próbkę, z naklejką i datą. Inspektor popatrzył na mnie tak, jakby wiedział, że nie kłamię. Zapisał wszystko w protokole. Adresy trzech magazynów. Numery rejestracyjne Nyski i dwóch busów, które Roman przysyłał. Godziny, kiedy przyjeżdża towar.
Jeden z moich dawnych kolegów z sortowni pracował jako ochroniarz w innej firmie kurierskiej. Mówił, że Roman to nie Roman, tylko Zbigniew R., właściciel firmy-słupa zarejestrowanej w Gdańsku. Firma nie miała licencji na przewóz materiałów budowlanych. Miała za to dwa konta bankowe i zero pracowników zgłoszonych do ZUS.
Tydzień później złożyłem zawiadomienie na policji przy ulicy Dębowej na Widoku. Dyżurny był tak samo zmęczony jak ja. Przyjął moje wyjaśnienia, dołączył kserokopię protokołu z inspektoratu. Powiedział, że sprawa jest poważna, ale prosił, żebym nikomu o tym nie mówił.
Roman zadzwonił do mnie po dziesięciu dniach. Nie krzyczał. Mówił równym, spokojnym głosem, jakbyśmy rozmawiali o pogodzie.
— Wiesz, że mogę ci zniszczyć życie — powiedział. — Znam adres twojej byłej. Znam przedszkole twojej małej. Wiesz, jak to działa na Kazimierzu.
Siedziałem wtedy na ławce przy ulicy Szerokiej, przed synagogą. Było już ciemno. Ktoś grał na bandżo przy budce z zapiekankami. Zapytałem Romana, czy naprawdę myśli, że po tym, co zobaczyłem, da mnie nastraszyć.
— To już nie jest kwestia strachu — powiedziałem. — To jest kwestia tego, że w pewnym momencie człowiek musi wybrać, po której stronie będzie rano wstawał.
— Po której stronie? — zapytał. — Są tylko dwie: pieniądze i głupota.
— Nie. Jest jeszcze trzecia: można spać przy zamkniętym oknie.
Rozłączył się. I wtedy pomyślałem, że on jeszcze wróci do tej rozmowy, tylko inaczej — spróbuje kupić to, czego nie kupił strachem. Nie wiedziałem jeszcze jak, ale byłem pewien, że spróbuje.
Następnego dnia mój szwagier znalazł pod wycieraczką awizo poleconego z Gdańska. Firma-słup Romana skierowała do mnie wezwanie do zwrotu rzekomo zaległej zaliczki — tysiąc czterysta złotych. Gdybym nie zapłacił, sprawa poszłaby do sądu.
Zamiast odpowiadać na wezwanie, zaniosłem je do prokuratury rejonowej przy ulicy Mogilskiej, niedaleko ronda. W pięciu zdaniach opisałem, że to próba zastraszenia świadka. Dołączyłem bilingi rozmów z Romanem. Prokurator asesor, młody chłopak, przyjął to i kazał mi podpisać protokół. Zauważyłem, że trzęsły mu się ręce, kiedy przewracał kartki.
Sprawa ciągnęła się półtora roku. W końcu okazało się, że anhydryt, który nosiliśmy, pochodził z rozbiórki poniemieckiej fabryki we Wrzeszczu, sprowadzony bez żadnych zezwoleń. Firma-słup z Gdańska tylko firmowała przewóz. Magazyny na Dębnikach i w Nowej Hucie służyły do przepakowywania towaru. Zbigniew R. i dwóch jego wspólników usłyszało zarzuty. Groziło im do pięciu lat.
Mnie groziło tylko to, że nie miałem z czego żyć. Pieniądze z odprawy stopniały. Zaległe alimenty urosły do jedenastu tysięcy. Moja była żona założyła sprawę o egzekucję.
I wtedy, zupełnie przypadkiem, zadzwonił do mnie ten facet z syrenką na przedramieniu. Powiedział, że szuka uczciwego chłopaka do pomocy przy przenoszeniu paczek w firmie, która sprząta biurowce w centrum. Umowa o pracę. Minimum. Ale legalnie.
— Tylko nie wiem, czy po tamtym wszystkim zechcesz się pokazać — powiedział.
Chciałem mu odpowiedzieć, że dziękuję, że wszystko opowiem innym razem. Że najpierw muszę coś zrobić. A potem pomyślałem o córce. O tym, jak w zeszłe święta, kiedy miałem ją odebrać, zapytała, czy pójdziemy do choinki na Rynku Głównym. I że nie poszliśmy.
Zadzwoniłem do Romana. Pierwszy raz od tamtej rozmowy na Szerokiej. Nie był zdziwiony — jakby czekał na ten telefon od tygodni.
— Płacę — powiedziałem. — Zwrócę ci tę zaliczkę. Tysiąc czterysta. Tylko nie chcę już nigdy widzieć żadnych pism od ciebie.
Roman milczał chwilę. Potem powiedział, że przysłał mi grzecznościowy dług, bo „każdy musi wiedzieć, jakie są konsekwencje”.
— Nie musisz oddawać — dodał. — Po prostu wycofaj zeznania. Powiedz, że była pomyłka. Wtedy zapomnimy o wszystkim. Może nawet dostaniesz tę pracę z powrotem.
— Wycofam — powiedziałem, i sam usłyszałem, jak gładko to wyszło, za gładko, żeby to była prawda. Umówiliśmy się na spotkanie w barze mlecznym przy ulicy Starowiślnej, w samo południe. Chciałem, żeby było głośno i żeby było dużo ludzi.
Przyszedłem pierwszy. Zamówiłem barszcz biały i dwa kotlety. Zapłaciłem od razu, żeby nie musieć niczego załatwiać, kiedy przyjdzie Roman.
Przyszedł. Wszedł w tej samej skórzanej kurtce, w której jeździł Nyską. Usiadł naprzeciwko. Położył na stole długopis.
— Pisz, że wycofujesz — powiedział. — Może być odręcznie.
Wyjąłem z kieszeni plik banknotów. Tysiąc czterysta złotych. Położyłem na stole obok jego długopisu. A potem wyjąłem z drugiej kieszeni plik dokumentów: kopię protokołu, zdjęcie pustych magazynów, bilingi.
— Wiesz, co to? — zapytałem.
Roman nie sięgnął po pieniądze. Siedział bez ruchu, patrzył to na banknoty, to na moją twarz.
— Zanim napiszę cokolwiek o wycofaniu — powiedziałem — oddam ci dług. Co do grosza. Bo nie lubię być niczyim dłużnikiem. Ale nie wycofam zeznań. Nigdy nie miałem tego zamiaru. Bo nie chodzi o to, co ty wiesz o mojej córce. Chodzi o to, co policja wie o twoich magazynach. A wie dużo.
W barze ktoś upuścił tacę. Wszyscy się obejrzeli. Roman nie. Siedział oparty o krzesło, blady, jakby nagle zrozumiał, że te banknoty na stoliku to nie spłata, tylko pożegnanie.
Wziąłem długopis, który mi podsunął. Napisałem na serwetce jedno zdanie: „Przepraszam, że nie mogę inaczej”. Wstałem, zostawiłem pieniądze przed nim, a serwetkę przesunąłem w jego stronę. W drzwiach usłyszałem, jak mówi do siebie coś, czego nie zrozumiałem. Kelnerka podeszła do stolika, zapytała, czy może sprzątnąć. Nie wiem, co odpowiedział.
Następnego dnia zadzwoniłem do faceta z syrenką. Powiedziałem, że jestem gotów. Umowa na trzy miesiące, potem przedłużenie. Osiemnaście złotych za godzinę. Praca od siódmej do piętnastej. Z okien biurowca przy ulicy Królewskiej było widać Błonia.
Minęły trzy miesiące. Roman w areszcie. Firma z Gdańska w likwidacji. Wszystkie magazyny zaplombowane. Wątek anhydrytu rozszerzył się o kolejnych odbiorców — okazało się, że ten towar szedł do firm remontowych w Małopolsce i na Śląsku, które wciskały go ludziom pod pozorem „ekologicznej posadzki”. Wyrok miał zapaść za kilka tygodni.
Moja była żona dostała przelew. Nie całość, ale pierwszą, najważniejszą część. Siedem tysięcy. Resztę miałem spłacać w ratach po trzysta złotych, razem z bieżącymi alimentami. Chodziłem do córki w każdą drugą sobotę.
W grudniu, kiedy przyszedłem po nią w sobotę, zapytała od progu, czy w tym roku na pewno pójdziemy do choinki na Rynku. Powiedziałem, że tak. Szliśmy Floriańską, ona trzymała mnie za rękaw kurtki, bo rękawiczki zostawiła w domu, i liczyła głośno bombki na choince, gubiąc się za każdym razem koło setki. W kieszeni miałem ten drugi woreczek, wciąż zaszyty w podszewce, o którym nikomu nie powiedziałem. Nie wyjąłem go. Po prostu wiedziałem, że tam jest, i tego dnia to mi wystarczyło.



