Dwieście Złotych za Worek

Ogłoszenie wisiało na słupie przy przystanku od tygodnia, może dłużej. Marek zauważył je, kiedy wracał z Biedronki z siatką pełną wody mineralnej — akurat taką, jaką kupował od miesiąca, odkąd zamknęli halę produkcyjną, gdzie pracował jako operator wózka widłowego. Kartka była wydrukowana na zwykłej kartce A4, litery duże, czerwone: "Rozładunek i załadunek cementu. 200 zł dziennie. Dzwonić po 8 rano."

Zadzwonił tego samego wieczoru. Głos w słuchawce był szybki, trochę zdyszany, jakby facet biegł gdzieś między rozmowami.

— Jutro na szóstej rano, plac przy Wólczańskiej, koło warsztatu Kowalskiego. Znasz?

— Znam.

— To dobrze. Przyjdź.

Marek nie spał tej nocy prawie wcale. Liczył: dwieście złotych razy dwadzieścia dni roboczych to cztery tysiące. Więcej niż na starej robocie. A przecież ludzie mówili co innego — że pracy nie ma, że płacą grosze, że trzeba znać kogoś, żeby dostać cokolwiek sensownego. Tu leżało ogłoszenie od tygodnia i nikt się nie zgłosił. Dziwne.

Na placu czekała ciężarówka, załadowana workami po pięćdziesiąt kilo. Brygadzista, mężczyzna około pięćdziesiątki z blizną nad brwią, przedstawił się krótko: Zenon. Nie podał ręki.

— Dwanaście punktów dzisiaj. Może trzynaście, jak się uda. Każdy worek nosisz sam, z ciężarówki do budynku. Czasem na trzecie piętro, bo winda nie działa. Dwieście mieszków, czasem dwieście pięćdziesiąt. Jak więcej — dopłata pięćdziesiąt, sto złotych.

Kundelek przywiązany do słupka przy warsztacie szczekał bez przerwy, jakby coś przeczuwał. Marek zapamiętał ten dźwięk — towarzyszył mu przez pierwsze trzy godziny pracy.

Pierwszy worek okazał się nietrudny. Drugi też. Ale po dwudziestym Marek zrozumiał, że nie chodzi o ciężar — chodzi o tempo. Zenon nie krzyczał, nie poganiał głośno. Po prostu stał z zegarkiem i notował coś w zeszycie. Kto się ociągał, tego przy kolejnym punkcie zostawiali na placu — "odpoczniesz, to dogonimy cię wieczorem".

Na trzecim adresie, przy ulicy Piotrkowskiej, gdzieś w suterenie starej kamienicy, worki trzeba było nieść przez wąski korytarz, bo winda towarowa była zepsuta od lata. Trzecie piętro, siedemdziesiąt stopni licząc od piwnicy. Marek liczył je, bo to pomagało nie myśleć o bólu w krzyżu.

Do południa zrobili sześć punktów. Do siedemnastej — dziesięć. Ostatnie dwa dokończyli po zmroku, przy świetle latarni ulicznej, bo klient się spóźniał z otwarciem magazynu.

Zapłacili co do grosza. Dwieście złotych, gotówką, w kopercie bez żadnego pokwitowania.

— Jutro przyjdziesz? — spytał Zenon, nie patrząc mu w oczy, tylko licząc pieniądze dla następnego.

— Przyjdę.

Drugi dzień był gorszy. Trzeci — Marek ledwo wstał z łóżka, ręce miał odrętwiałe od nadgarstków po ramiona, a na dłoniach pękały pęcherze, które nie zdążyły się zagoić od poprzedniego dnia. Ale poszedł. Bo dwieście złotych to dwieście złotych, a w lodówce zostało tylko trochę margaryny i pół bochenka chleba.

Czwartego dnia w brygadzie zostało już tylko dwóch ludzi z pierwotnych sześciu. Piątego — sam Marek i jeszcze jeden facet, Grzegorz, który przyjechał z Radomia w poszukiwaniu jakiejkolwiek pracy.

— Wiesz co — powiedział Grzegorz podczas przerwy, siedząc na stosie pustych palet — ja czytałem, że tu bierze się jednego na parę tygodni, a potem szuka nowego. Bo nikt dłużej nie wytrzymuje. To nie jest robota na miesiąc. To jest robota na to, żeby cię zmielić i wypluć.

Marek nie odpowiedział. Oglądał swoje dłonie — brudne, spękane, z zaschniętą krwią w bruzdach linii papilarnych.

Szósty dzień. Zenon przyjechał inną trasą, dalej niż zwykle — aż pod Pabianice. Powiedział, że mieszków będzie dwieście osiemdziesiąt, bo klient duży, budowa hali magazynowej. Obiecał sto pięćdziesiąt złotych dopłaty.

Marek nosił do wieczora. Nie liczył już stopni ani worków. Liczył tylko oddechy między jednym a drugim.

Kiedy skończyli, było już ciemno. Zenon wypłacił trzysta pięćdziesiąt złotych — dwieście podstawy plus sto pięćdziesiąt dopłaty, jak obiecał. Uczciwie, co do grosza.

— Jutro? — spytał znowu, tym samym tonem, bez emocji.

Marek stał chwilę, mnąc banknoty w dłoni. Potem powiedział to, czego wcześniej nie planował mówić:

— Nie. Dziękuję za robotę, ale nie.

— Czemu? Płacę uczciwie.

— Płacisz uczciwie. Problem nie w pieniądzach.

Grzegorz, stojący obok, kiwnął głową, jakby to samo chodziło mu po głowie od kilku dni.

Marek wrócił do domu tramwajem, bo nogi już nie chciały iść. W kieszeni miał ponad tysiąc dwieście złotych, zarobionych w sześć dni — więcej niż dostawał na hali za dwa tygodnie. Ale kiedy usiadł na swoim starym fotelu, tym samym, w którym siedział wieczorami przed zamknięciem fabryki, poczuł, że ręce drżą mu nie ze zmęczenia, tylko z czegoś głębszego — jakby ciało samo domagało się, żeby przestać.

Następnego ranka poszedł do przychodni rejonowej. Lekarz, młody chłopak, świeżo po stażu, obejrzał jego dłonie, osłuchał plecy i powiedział krótko: przeciążenie mięśni, stan zapalny stawów nadgarstkowych, zwolnienie na dwa tygodnie.

Marek wziął zwolnienie, zapłacił za leki przeciwbólowe w aptece obok — dwadzieścia trzy złote za opakowanie — i wyszedł na ulicę. Padał drobny, wrześniowy deszcz, taki, który nie moczy od razu, tylko osiada powoli na kurtce.

Nie zadzwonił więcej pod ten numer. Ogłoszenie na słupie przy przystanku wisiało jeszcze przez dwa tygodnie. Potem został po nim tylko pojedynczy zszywacz biurowy sterczący z drewna i strzępek papieru, który wiatr obracał raz po raz, aż w końcu poniósł go gdzieś w stronę torowiska.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

18 + 18 =

Dwieście Złotych za Worek