Moje życie rodzinne było okropne. Byliśmy z mężem razem dwanaście lat, a ja ciągle czułam się przez ten cały czas jak w jakiejś klatce.
Mój mąż okazał się być zły i okrutny. Ciągle wyrażał swoje niezadowolenie, na nic mi nie pozwalał, nie dawał prezentów, był bardzo zachłanny. Czasami nawet ukrywałam coś przed nim, co sobie akurat kupiłam. Kiedy wracał z pracy pijany, czasami mnie bił, ale znosiłam to i cieszyłam się, że chociaż nie robił krzywdy córce. Powinnam go była zostawić już na początku, ale gdzie bym poszła? Moi rodzice już nie żyli, nie miałam na kogo liczyć, próbowałam więc ratować moją rodzinę bo nie chciałam, aby moja córka żyła w biedzie.
Kiedy mój mąż, w końcu zmarł odetchnęłam z ulgą. Może nie powinnam tak mówić, ale tak naprawdę było. Od momentu, gdy moja córka skończyła dwanaście lat, wychowywałam ją sama. Robiłam wszystko, co w mojej mocy, aby ją wychować na dobrą osobę. Udało mi się ją wykształcić i zapewnić jej dobry start w życiu. Starałam się jej niczego nie odmawiać, w niczym jej nie ograniczać, a gdy o coś prosiła, pomagałam jej radą. Byłam jej matką, przyjaciółką i siostrą jednocześnie.
Kiedy moja córka powiedziała, że zamierza zamieszkać z facetem, nie sprzeciwiałam się temu. Jej chłopak wydawał się być dobry, przyzwoity, w ogóle wywodził się z porządnej rodziny. Wiedziałam, że córka bardzo go kocha.
Kiedy ogłosili, że biorą ślub, byłam szczęśliwa. Waldek kocha moją córkę, nosi ją na rękach, obsypuje kwiatami i prezentami. Cieszę się, że radzą sobie dobrze. Jednocześnie w mojej duszy panował ciągły niepokój. Moja córka dobrze zarabiała, radzili sobie z mężem świetnie, a niedawno urodziła bliźniaki. Co za radość! Patrzyłam na nie i nie mogłam się nacieszyć tym widokiem. Jednocześnie niepokój mnie nie opuszczał. Prawdopodobnie życie z byłym mężem odbiło się na mnie okropnie. Zawsze sprawiał kłopoty, awanturował się i dlatego moja psychika wciąż była poszarpana. Zięć za to uwielbia moją córkę i swoich synów. Kiedy ich odwiedzam, widzę, jak spokojna i pełna miłości atmosfera panuje w ich domu. Z jednej strony powinnam się z nich cieszyć, ale coś nie daje mi spokoju. Boję się, że wszystko się zepsuje, w końcu w życiu różnie się dzieje.
Próbuję nastawić się na pozytywne myślenie i odpędzić złe myśli, ale bardzo mi ciężko. Dzielę się swoimi obawami ze znajomymi, a oni radzą mi, żebym się nie stresowała na zapas. Może faktycznie niepotrzebnie panikuję?



