Życie w porządku – Lada, zakazuję ci kontaktów z siostrą i jej rodziną! Mają swoje sprawy, my swoje….

ŻYCIE W PORZĄDKU

Lidia, zabraniam ci kontaktować się z twoją siostrą i jej rodziną! Oni mają swoje życie, my swoje. Znowu dzwoniłaś do Martyny? Skarżyłaś się na mnie? Ostrzegałem cię, nie miej do mnie żalu, jeśli coś się stanie Wojciech chwycił mnie boleśnie za ramię.

Jak zawsze w takich chwilach, szłam bez słowa do kuchni. Łzy same napływały do oczu. Nigdy nie żaliłam się swojej siostrze na swoje małżeństwo. Po prostu rozmawiałyśmy. Mamy starszych rodziców, jest o czym pogadać i co ustalić. Wojciecha to doprowadzało do furii. Nie znosił mojej siostry Martyny. U niej w domu panował spokój i dostatek. U nas było zupełnie inaczej.

Gdy wychodziłam za Wojciecha, byłam najszczęśliwszą dziewczyną w całej Warszawie. Wojciech porwał mnie w wir namiętności. Nie przeszkadzało mi wcale, że był ode mnie sporo niższy. Nie zwracałam także uwagi na jego matkę, która na weselu ledwo trzymała się na nogach. Dopiero później odkryłam, że teściowa jest alkoholiczką z długoletnim stażem.

Zaślepiona miłością, nie dostrzegałam wad. Po roku małżeństwa zaczęłam jednak wątpić w swoje szczęście. Wojciech coraz częściej uciekał w alkohol, wracał do domu kompletnie pijany. Pojawiły się zdrady. Pracowałam jako pielęgniarka w publicznym szpitalu wypłata ledwie starczała na opłaty. Wojciech większość czasu spędzał z kolegami przy wódce.

Nie zamierzał mnie utrzymywać. Na początku marzyłam o dzieciach, ale porzuciłam te marzenia. Zadowalałam się opieką nad rasowym kotem. Już nie chciałam mieć dzieci z takim człowiekiem, choć wciąż go kochałam.

Głupia jesteś, Lidia! Wokół ciebie faceci krążą, oczy ślą, a ty jak gdyby we mgle, tylko ten swój krasnal ci w głowie! Co w nim widzisz? Chodzisz siniakami obłożona, myślisz, że nikt nie widzi malunków ukrytych pod podkładem? Rzuć go, póki w gniewie cię nie zabił, naiwna powtarzała mi przyjaciółka i koleżanka z pracy.

Fakt, Wojciech często wyładowywał na mnie złość bez powodu, podnosił na mnie rękę. Raz pobił mnie tak, że nie mogłam wyjść na dyżur. Zamknął mnie wtedy w mieszkaniu i zabrał klucz.

Od tamtej pory panicznie się go bałam. Moje serce waliło jak młot, gdy tylko słyszałam klucz w zamku. Czułam, że mści się za to, że nie mogłam dać mu dziecka, że jestem złą żoną, za wszystko. Nie stawiałam oporu przy przemocy, obelgach, upokorzeniach. Dlaczego wciąż go kochałam?

Pamiętam, jak jego matka wyglądająca jak czarownica powtarzała mi:

Lideczko, słuchaj męża, kochaj go całą sobą, zapomnij o rodzinie i przyjaciółkach one cię do niczego dobrego nie doprowadzą.

I faktycznie, odsunęłam się od bliskich, przyjaciół, podporządkowałam się Wojciechowi. Byłam całkowicie pod jego kontrolą.

Lubiłam, gdy po awanturze płakał, klękał przede mną i całował stopy. Pogodzenie było wtedy intensywne, niemal magiczne. Sypał na łóżko płatki prześlicznych róż. W tych chwilach unosiłam się ponad ziemią, jakby dotykając nieba. Oczywiście wiedziałam, że Wojciech zrywał róże z ogródka swego pijackiego kolegi. Żona tego kolegi z sercem pielęgnowała kwiaty, a jej mąż oddawał je po cichu kolegom za flaszkę. Żony wybaczały za otrzymane w taki sposób róże.

Może i tkwiłabym w tym wszystkim przez całe życie, ciągle odbudowując własnoręcznie swój mały raj, gdyby nie pewien przypadek.

Zostaw Wojciecha, mam z nim syna. Ty nie możesz mieć dzieci, jesteś bezpłodna powiedziała bez ogródek jakaś obca kobieta, żądając, bym oddała jej mojego męża dla szczęścia jej dziecka.

Nie wierzę ci! Odejdź, zanim zadzwonię po policję! wrzasnęłam na nieproszoną gościnię.

Wojciech wszystkiego się wypierał.

Przysięgnij, że to nie twój syn! wiedziałam, że nie skłamie.

Odpowiedział tylko milczeniem. Wszystko zrozumiałam

Lidia, nie widziałem cię nigdy uśmiechniętej. Co się dzieje? zapytał niespodziewanie ordynator naszego szpitala, dr Roman Lewicki. Byłam pewna, że zwykle mnie nie zauważał, a tu taka troska.

Wszystko w porządku zająkałam się i spuściłam wzrok.

To dobrze, gdy człowiekowi układa się w życiu. Wtedy nawet świat wydaje się piękniejszy powiedział z uśmiechem dr Lewicki.

Podobno Roman był kiedyś żonaty, z rozwodu miał córkę. Słyszałam, że zostawił żonę, bo go zdradziła. Mieszkał sam. Był po czterdziestce, nie rzucający się w oczy: w okularach, z zakolami, niski. A jednak z bliska czułam do niego wyjątkowe przyciąganie chyba przez ten jego przyjemny zapach wody kolońskiej.

Nie mogłam dłużej wytrzymać w tym bałaganie. Jak powiedział pan doktor: Dobrze, kiedy człowiekowi w życiu się układa. Moje życie było w rozsypce, a czas uciekał nieubłaganie.

Przeprowadziłam się do rodziców. Mama spojrzała na mnie zaskoczona:

Lidka, co się stało? Mąż cię wyrzucił?

Nie, sama odeszłam. Kiedyś wszystko ci opowiem, mamo wstydziłam się opowiadać o swojej małżeńskiej udręce.

Później jeszcze dzwoniła teściowa, wyzywała mnie i przeklinała. Ale ja już byłam inna wyprostowałam się, odetchnęłam pełną piersią. Za wszystko dziękowałam Romanowi Lewickiemu.

Wojciech nadal mnie śledził, groził. Ale już nie miał nade mną żadnej władzy.

Wojciech, nie trać na mnie czasu, zajmij się swoim synem. Już nie będę częścią twojego życia. Żegnam powiedziałam spokojnie.

Wróciłam do siostry i rodziców. Czułam się wreszcie sobą, a nie cudzą marionetką.

Przyjaciółka od razu zauważyła, że jestem inna:

Lidia, nie poznaję cię! Jakaś rozświetlona, weselsza, wypiękniałaś jak panna młoda!

A Roman Lewicki pewnego wieczoru poprosił mnie o rękę:

Lidia, wyjdź za mnie. Obiecuję, nie będziesz żałować. Ale jedno zastrzeżenie mów mi po imieniu, a tytuły zachowaj do szpitala.

A ty mnie w ogóle kochasz, Roman? zapytałam zdziwiona propozycją.

Wybacz, zapominam, że kobiety potrzebują słów. Myślę, że tak, choć na co dzień bardziej wierzę w czyny odpowiedział, całując mnie w dłoń.

Zgadzam się, Roman. Jestem pewna, że nauczę się ciebie kochać byłam wtedy przeszczęśliwa.

…Minęło dziesięć lat.

Roman codziennie dowodził mi swojej miłości. Nie całował wprawdzie nóg, nie rzucał się na kolana jak Wojciech, ale troszczył się, był obecny, kochający i hojny. Nie mieliśmy wspólnych dzieci. Najwyraźniej rzeczywiście byłam pustym kwiatem. Ale Roman nigdy nie miał do mnie pretensji, nigdy jednym słowem mnie nie zranił.

Lidia, może tak miało być, żebyśmy zostali tylko we dwoje. Ty mi w zupełności wystarczysz mówił, gdy nachodziła mnie tęsknota za macierzyństwem.

Córka Romana podarowała nam wnuczkę Zosię. To ona stała się naszym ukochanym dzieckiem.

A z Wojciechem ostatecznie przegrał z nałogiem, zmarł przed pięćdziesiątką. Jego matka, spotykając mnie czasem na bazarze, mierzy mnie nienawistnym spojrzeniem. Ale jej złość już do mnie nie dociera rozprasza się w powietrzu. Czuję tylko litość.

A my z Romanem żyjemy spokojnie, pełni wdzięczności bo życie jest naprawdę piękne, gdy masz w sercu porządek i umiesz o siebie zawalczyć. Najważniejsze to nauczyć się stawiać granice i nie pozwalać, by ktokolwiek zniszczył twoje szczęście.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

siedem + 11 =

Życie w porządku – Lada, zakazuję ci kontaktów z siostrą i jej rodziną! Mają swoje sprawy, my swoje….