Życie na żywca… W tej polskiej rodzinie każdy żył po swojemu. Tata Aleksander miał nie tylko żonę,…

PO ŻYCIU…
W tej rodzinie każdy żył po swojemu.

Ojciec, Janusz, poza żoną, miał jeszcze ukochaną kobietę, a bywało i więcej niż jedną czasem nie tę samą. Matka, Genowefa, przeczuwając zdrady męża, sama nie była wzorem cnoty. Chętnie spędzała czas poza domem z żonatym współpracownikiem. Dwóch synów pozostawało samych sobie. Nikt specjalnie nie zajmował się ich wychowaniem. Najczęściej więc snuli się bez celu po podwórzu. Genowefa twierdziła, że za dzieci odpowiada wyłącznie szkoła.

Wspólny niedzielny obiad w kuchni był jedyną okazją, by cała rodzina zasiadła razem szybką, milczącą ucztą, po której wszyscy rozchodzili się do swoich zajęć.

I tak żyłby ten dom w swoim grzesznym, lecz słodkim świecie, gdyby nie wydarzył się w końcu nieszczęśliwy wypadek

…Kiedy młodszy syn, Dominik, miał dwanaście lat, Janusz zabrał go po raz pierwszy do garażu jako pomocnika. Podczas gdy Dominik ciekawie oglądał narzędzia, ojciec na chwilę wyszedł do kolegów, którzy majsterkowali przy swoich samochodach nieopodal.

Nagle z garażu Janusza buchnęły kłęby czarnego dymu, a zaraz potem wystrzeliły płomienie.

Nikt niczego nie rozumiał. (Później okazało się, że Dominik przypadkiem przewrócił zapaloną lampę lutowniczą na kanister z benzyną.) Ludzie zamarli w osłupieniu. Zrobili się bezradni. Ogień szalał. Na Janusza wylano wiadro wody, po czym rzucił się do środka. Wszyscy wstrzymali oddech. Po kilku sekundach Janusz wyniósł na rękach nieprzytomnego syna. Dominik był cały poparzony. Nietknięta została tylko twarz najwidoczniej chłopak zasłonił ją dłońmi. Wszystkie jego ubrania spłonęły.

Ktoś już dzwonił po straż pożarną i pogotowie. Dominika zabrano do szpitala. Przeżył!

Od razu trafił na stół operacyjny. Po wielu godzinach niepewności, do rodziców Dominika wyszedł lekarz i sucho oznajmił:

Robimy wszystko, co w naszej mocy. Dominik jest w śpiączce. Ma jeden szansę na milion. Medycyna rozkłada ręce. Jeśli chłopak będzie miał ogromną wolę życia, może stanie się cud. Proszę się trzymać.

Janusz i Genowefa bez namysłu pobiegli do najbliższego kościoła. Rozszalała się ulewa. Oszalałym rodzicom nic innego nie przychodziło do głowy musieli ratować syna!

Przemoczeni, pierwszy raz weszli do świątyni. W środku było cicho i niemal pusto. Gdy zobaczyli proboszcza, nieśmiało podeszli.

Proszę księdza, nasze dziecko umiera! Co robić? łkając, zapytała Genowefa.

Dzieci moje, jestem ksiądz Stanisław. Hm… Jak trwoga, to do Boga, prawda? Ale czy wasze sumienie czyste?

Raczej nie zrobiliśmy nic złego… Nikt nie został skrzywdzony… mruknął Janusz pod surowym spojrzeniem księdza Stanisława i spuścił wzrok.

Czemu wtedy waszej miłości pozwoliliście umrzeć? Leży martwa między wami. Pomiędzy mężem i żoną nie powinno się nawet igły wsunąć, a u was nawet gruby bal drewna się zmieści. Ech, ludzie…

Módlcie się gorąco do Świętego Mikołaja o zdrowie syna! Pamiętajcie jednak, że to wola Boża przeważa, nie narzekajcie na Boga. Bywa, że tylko tak Pan Bóg przemawia do zatwardziałych. Inaczej nie dotrze! Stracicie duszę i nie zauważycie. Poprawcie się! Tylko miłość wszystko ratuje!

Janusz i Genowefa, przemoczeni od deszczu i łez, słuchali twardych słów ojca Stanisława, zawstydzeni jak dwa kaczęta. Widok był żałosny.

Ksiądz wskazał na ikonę Świętego Mikołaja.

Przed ikoną Janusz i Genowefa padli na kolana. Modlili się żarliwie, płakali, składali obietnice…

Wszystkie pozamałżeńskie związki zostały zerwane, jakby wymazane z pamięci. Życie rozebrano na czynniki pierwsze…

Następnego ranka zadzwonił lekarz Dominik się wybudził ze śpiączki.

Janusz i Genowefa już czuwali przy jego łóżku.

Dominik otworzył oczy i próbował się uśmiechnąć na widok rodziców. Uśmiech nie wyszedł na jego twarzy malowało się nie dziecięce cierpienie.

Mamo, tato, proszę, nie rozstawajcie się szepnął cicho chłopiec.

Synku, skąd ci to przyszło do głowy? Przecież jesteśmy razem zaprzeczyła Genowefa, gładząc jego gorącą, bezwładną dłoń. Dominik skrzywił się z bólu i stęknął. Genowefa cofnęła rękę.

Ja to zobaczyłem, mamo! Kiedyś moje dzieci będą nosić wasze imiona ciągnął Dominik.

Janusz i Genowefa wymienili spojrzenia. Uznali, że syn majaczy. Dzieci? Przecież leży przykuty do łóżka, ledwo żyje! Sam by się podniósł to byłby cud!

…A jednak Dominik z dnia na dzień wracał do zdrowia. Wszystkie środki i oszczędności przeznaczono na leczenie chłopca. Janusz i Genowefa sprzedali działkę.

Szkoda tylko, że garaż i samochód całkowicie spłonęły wtedy, przydałyby się pieniądze na dalsze leczenie. Ale najważniejsze, że syn żyje! Cała rodzina babcie i dziadkowie pomagali, jak mogli.

Rodzina zjednoczyła się wokół wspólnego nieszczęścia.

…Nawet najdłuższy dzień się kończy.

Minął rok.

Dominik przebywał w ośrodku rehabilitacyjnym.

Już mógł chodzić i radził sobie samodzielnie.

Tam zaprzyjaźnił się z dziewczynką o imieniu Franciszka. Byli rówieśnikami. Franciszka, jak Dominik, ucierpiała w pożarze. U niej poparzone było tylko lico.

Przeszła wiele operacji i bardzo wstydziła się blizn. Nigdy nie patrzyła w lustro, bała się własnego odbicia.

Dominik poczuł do Franciszki głęboką sympatię. Ta dziewczyna roztaczała wokół siebie niesamowite ciepło. Przyciągała swoją mądrością i kruchością. Chciało się ją chronić.

Wolny czas spędzali razem. Łączyło ich wiele. Przeszli przez ból, przez rozpacz, łykali garściami gorzkie tabletki, przestali bać się zastrzyków, sal i białych fartuchów… Mieli swoje ulubione tematy i nie mogli się wygadać.

Czas mijał…

…Dominik i Franciszka urządzili skromne wesele.

Urodziła im się piękna córka Jadzia, a trzy lata później syn Wojciech.

I wreszcie, kiedy w domu zapanował spokój, Janusz i Genowefa podjęli decyzję o rozstaniu. Te wydarzenia z Dominikiem tak ich wyczerpały, że nie potrafili być razem. Małżeństwo było wypalone. Oboje chcieli cichej wolności od siebie.

Genowefa wyjechała do siostry pod Krakowem. Przed odjazdem wstąpiła jeszcze do kościoła po błogosławieństwo od księdza Stanisława. Przez lata nie raz przychodziła dziękować mu za życie syna. Ksiądz poprawiał:

Dziękuj Bogu, Genowifo!

Nie pochwalał jej wyjazdu.

No, ale skoro już tak musisz, jedź. Odpocznij. Samotność nieraz jest potrzebna duszy. Ale pamiętaj wracaj! Mąż i żona to jedno! napominał dobrotliwie.

Janusz został sam w pustym mieszkaniu. Synowie z rodzinami mieszkali osobno.

Byli małżonkowie nawet wnuki odwiedzali na zmianę, by nie natknąć się na siebie.

Jednym słowem każdemu było teraz wygodnie…

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

siedemnaście − jeden =

Życie na żywca… W tej polskiej rodzinie każdy żył po swojemu. Tata Aleksander miał nie tylko żonę,…