Było zimno i wietrznie. Kasia biegła ze szkoły, by nie zmarznąć. Z ust unosiła się para, osiadając szronem na szaliku, rzęsach i wymykających się spod czapki włosach. Zaraz wróci do domu, wypije gorącą herbatę z cytryną, wtuli się w kanapę i otuli kocem…
Myśl o cieple domu przyspieszyła jej kroki. Oto i klatka. Kasia szarpnęła drzwi, omal nie wpadając na panią Elżbietę, niską, korpulentną sąsiadkę. Nie lubiła jej, uważała za złośliwą. Pani Elżbieta zawsze patrzyła na Kasię z podejrzliwym zmrużeniem małych, czarnych oczek.
— Uspokój się, urwisie. Mało mnie nie przewróciłaś — burknęła sąsiadka, wbijając w nią wzrok.
— Przepraszam — wydukała Kasia.
Kobieta zawaliła cały przejście i nie zamierzała się ruszyć.
— Ciągle nie mogę zrozumieć, do kogo ty podobna. Ojciec ma brązowe oczy, matka niebieskie, a ty… I włosy zupełnie inne. Oni wysocy, a ty malutka jak palec.
— No i co? — spytała Kasia. — Dzieci muszą być kopią rodziców?
Nie chciała być niegrzeczna, ale nie wiedziała, jak wyminąć tę babę. Nie mogła jej przecież odepchnąć. Rozejrzała się, licząc, że ktoś wejdzie do klatki, ale nikogo nie było. Coś w spojrzeniu pani Elżbiety niepokoiło Kasię. Chciała uciec od tych ocen, od tych szpiegujących oczu.
— Nie muszą — westchnęła sąsiadka. — Ale ja w tym bloku mieszkam od początku, od kiedy rodzice twojej matki się tu wprowadzili. Patrzyłam, jak twoja mama dorastała. Wyszła za mąż, a dwa lata później przyniosła cię ze szpitala.
Kasia słuchała, tupiąc niecierpliwie, nie rozumiejąc, do czego sąsiadka zmierza.
— Przyniosła cię ze szpitala, ale nigdy nie widziałam jej w ciąży. Zastanów się, dlaczego nie jesteś podobna do rodziców. — Sąsiadka wreszcie odsunęła się, wpuszczając Kasię do środka.
Kasia wbiegła na schody, drżąc, gdy za nią zatrzasnęły się drzwi. Nagle olśniła ją myśl. Stanęła jak wryta. Twarz płonęła, a dłonie zlodowaciały. *Nie, to tylko jej złośliwość. Mieszka sama, bez męża, bez dzieci, więc plotkuje. „Nie widziałam” — to nic nie znaczy* — myślała, ale słowa sąsiadki wbiły się w nią jak drzazga.
Weszła powoli na trzecie piętro starej płyty, weszła do mieszkania, zdjęła buty, wzięła album rodzinny i wtuliła się w kanapę, przeglądając zdjęcia. Oto Kasia w otulającym kocyku z koronką, oto stawia pierwsze kroki, oto pierwsza kokarda na cienkich, jasnych włoskach… A obok mama i tata, uśmiechnięci, patrzący na nią z miłością.
Usłyszała skrzyp klucza w zamku i szybko otarła łzy.
— Kasieńko, czemu siedzisz po ciemku? — Tata wszedł do pokoju, zapalając światło.
Żyrandol rozbłysł jasno, aż Kasia przymrużyła oczy.
— Co się stało? Płakałaś? — Usiadł obok niej na kanapie. — Oglądasz album? Daj spokój. — Wziął go i zaczął przewracać strony.
— Tato… ja jestem… wasza? — szepnęła Kasia.
— Kasia, skąd ci to przyszło do głowy? — Tata podniósł na nią wzrok.
Dostrzegła w nich strach, zmieszanie, i sama się przestraszyła. Zrzuciła koc, zerwała się z kanapy.
— Tato, powiedz! Mam prawo wiedzieć! — krzyknęła drżącym głosem, nie odrywając od niego oczu.
Czekała, że rozwieje wątpliwości, powie, że to nieprawda… Ale on odwrócił wzrok, spuścił głowę.
— Wszystko jasne. — Kasia wybiegła do przedpokoju, wciągnęła czapkę, wsunęła nogi w buty, zerwała z wieszaka kurtkę.
— Kasia, zaczekaj! Gdzie ty… Wytłumaczę…
Ale Kasia już wybiegła, trzaskając drzwiami tak mocno, że z sufitu posypał się tynk.
Biegła po schodach, wkładając kurtkę w biegu, połykając łzy.
*Nie mógł spojrzeć mi w oczy. Więc to prawda. Nie jestem ich. Obca… A czyja?*
Wybiegła na mróz, wzdrygnęła się. Zimno paliło mokre od łez policzki. Szalik został na wieszaku. Bez rękawiczek, bez grosza przy duszy… Zawróciła w boczną uliczkę, wpadła w podwórko, usiadła na zasypanej śniegiem ławce i wybuchnęła płaczem, chowając twarz w dłoniach.
— O co ty beczysz? Co się stało?
Kasia podniosła głowę i zobaczyła Darka z dziesiątej „A”.
— Chodź ze mną, opowiesz wszystko — rozkazał.
— Nie pójdę… — wyjąkała.
— Chodź, głupia, zamarzKasia wstała, otarła łzy i w milczeniu poszła za Darkiem, wiedząc, że dzięki niemu w końcu zrozumiała, że rodzina to nie krew, ale miłość, która przez lata otulała ją cieplej niż najgrubszy koc.



