Zrobiłem test DNA i żałuję tego do dziś
Musiałem ożenić się, gdy dowiedziałem się, że moja dziewczyna jest w ciąży. Po ślubie sprowadziłem żonę do mieszkania moich rodziców, bo wtedy nie stać nas było na własne lokum. Czas płynął, zostałem tatą cudownego synka, a życie toczyło się dalej. W pewnym momencie postanowiliśmy zaciągnąć kredyt hipoteczny w złotówkach, żeby w końcu zamieszkać na swoim.
Jakiś czas później żona oznajmiła, że znowu jest w ciąży. Tak pojawiła się na świecie nasza księżniczka Zosia. Dzieci rosły bardzo szybko, aż z czasem coraz wyraźniej widziałem, że w ogóle nie przypominają ani mnie, ani mojej żony. Nasze charaktery też były rozbieżne jak noc i dzień. Ani syn, ani córka nie byli podobni do żadnego z nas. Rude włosy, piegi tego nigdy wcześniej w rodzinie nie było!
Coraz częściej chodziła mi po głowie myśl, żeby zrobić test na ojcostwo. Może to nie było rozsądne, ale nie miałem innego wyjścia chciałem mieć pewność, że wychowuję swoje dzieci.
Zdecydowałem się. Czekałem na wynik dwa tygodnie, śpiąc niespokojnie każdej nocy. Gdy zadzwonili z laboratorium w Warszawie, pobiegłem natychmiast. Na szczęście okazało się, że rzeczywiście jestem ojcem mojej dwójki dzieci. Odetchnąłem z ulgą i schowałem dokumenty głęboko w szufladzie, żeby żona nie znalazła. Tylko czemu ich od razu nie wyrzuciłem? Szybko przekonałem się, że to był błąd, za który przyszło mi słono zapłacić.
Kilka dni później żona wygrzebała papiery i rzuciła mi je prosto w twarz. Wybuchła taka awantura, że aż sąsiedzi z dołu zaczęli się dopytywać, co się dzieje. Rozumiem ją zraniłem ją mocno, choć można to było rozwiązać spokojniej. Do tej pory nie potrafi mi wybaczyć. Od tamtej pory minęło już pięć lat, a ona nie pozwala mi nawet zobaczyć się z dziećmi.
Moja głupia ciekawość zabrała mi to, co miałem najważniejsze rodzinę. Cały czas mam nadzieję, że kiedyś Zosia znajdzie w sobie siłę, żeby mi wybaczyćCzasami siedzę wieczorem na schodach przed pustym mieszkaniem i patrzę w światła innych domów, gdzie ktoś przy kolacji śmieje się ze swoimi bliskimi. Wtedy dociera do mnie, że nie ma testu, który potrafi zmierzyć zaufanie, a papier może unieważnić lata wspólnego życia szybciej niż jakikolwiek sekret.
Wciąż mam nadzieję, że kiedyś spotkam Zosię i syna na ulicy, że zatrzymają się na chwilę, spojrzą w moje oczy i choć przez moment będziemy znowu rodziną taką, którą zgubiłem przez własne podejrzenia. Może wybaczenie przyjdzie z czasem, może kiedyś sami zapytają, dlaczego postąpiłem tak, a nie inaczej.
Na razie zostaje mi cicha obietnica. Nauczony własnym bólem, wiem jedno czasem największą odwagą jest zaufanie, a największą miłością: przebaczenie, nawet a zwłaszcza sobie samemu.



