Zranione wnuczki

Dzisiaj, gdy Weronika wróciła do domu z córkami, te od razu wybuchnęły płaczem. Dziewczynki właśnie wróciły od babci – i były całkowicie załamane.

— Mamo, babcia nas nie kocha… — szlochały chórem. — Krzysiowi i Zosi wszystko wolno, a nam nic! Oni dostają prezenty, słodycze, a my tylko „nie dotykaj”, „nie przeszkadzaj”, „idźcie do innego pokoju”.

Weronika zacięła usta. Serce ścisnęło się jej z bólu. Tyle razy czuła to wcześniej, ale usłyszeć to od własnych dzieci było szczególnie ciężkie.

Teściowa, Halina Stanisławówna, nigdy nie okazywała szczególnej czułości wobec córek Weroniki. Za to dzieci jej rodzonej córki – Krzysia i Zosię – uwielbiała. Im wszystko, innym – okruchy. Albo i mniej.

Kiedyś Weronika starała się nie zwracać na to uwagi. Tłumaczyła sobie, że babci jest ciężko, że ma trudny charakter. Ale z każdym rokiem było coraz bardziej jasne: dla Haliny Stanisławówny wnuki dzieliły się na „swoje” i „obce”. A nawet ta sama krew – jeśli od „nie tej” kobiety – się nie liczyła.

Dziewczynki opowiadały, jak babcia wyłajała je za głośny śmiech, a pięć minut później pozwoliła Krzysiowi puszczać samochodziki po podłodze, choć hałasował znacznie mocniej. Albo jak postawiła na stole tort i poczęstowała nim „gości”, a własnym wnuczkom dała tylko herbatę.

Najgorsze było, gdy babcia kazała córkom Weroniki wracać same do domu. Przez zimną drogę, pusty plac. Miały po siedem lat. Bały się psów, trzęsły z zimna. A Halina Stanisławówna nawet nie pomyślała, żeby zadzwonić do rodziców.

Gdy Weronika się o tym dowiedziała, nie mogła powstrzymać łez. Zadzwoniła do teściowej, ale ta tylko prychnęła:

— Trzeba być samodzielnym. W ich wieku ja już chodziłam na targ.

Po tej rozmowie mąż Weroniki, Marek, pierwszy raz naprawdę pokłócił się z matką. Nie krzyczał. Tylko powiedział:

— Mamo, jeśli nie potrafisz być babcią dla wszystkich wnuków, to lepiej nie bądź nią wcale.

Minęło kilka lat. Dziewczynki podrosły, wyrosły na mądre i dobre. I od dawna już nie prosiły się do babci. A Halina Stanisławówna… postarzała się. Coraz częściej odwiedzali ją lekarze, tabletki zastąpiły słodycze, a telewizor – rozmowy.

Próbowała przywołać wnuki. Zadzwoniła do Krzysia – był zajęty, Zosia tłumaczyła się nauką. Wtedy przypomniała sobie o „nie swoich”.

— Niech przyjdą, posprzątają, przyniosą zakupy. Przecież jestem ich babcią…

Weronika wysłuchała, zamilkła, a potem odpowiedziała:

— Pani jest ich babcią? A one dla pani – kim są? Pamięta pani, jak im powiedziała: „Nie prosiłam was”? Więc nie przyjdą. Bo zapamiętały to zbyt dobrze.

Telefon zamilkł. A w domu babci znowu zrobiło się cicho. Tylko teraz – naprawdę. I beznadziejnie.

Oceń artykuł
Dodaj komentarze

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

dwa × pięć =

Zranione wnuczki