Zrozumiałam, że mój były mąż mnie zdradza, bo zaczął zamiatać ulicę. Brzmi to niedorzecznie, ale właśnie tak to się zaczęło wiele lat temu. On był elektrykiem, prowadził własny warsztat we Wrocławiu, w garażu naszego domu. Całe dnie spędzał przy kablach, narzędziach, klienci zjawiali się o każdej porze. Nigdy nie był typem domowego mężczyzny sprzątanie, gotowanie, pranie to nie były jego sprawy. Po prostu tego nie lubił, nie z lenistwa, tylko nie leżało mu na sercu. Gdy miał wolną chwilę, włączał telewizor, szedł na piwo do sąsiada, zimą robił grilla pod pergolą. Był spokojny, niezbyt rozrywkowy, bez cienia agresji, nie należał do tych, co wzbudzają podejrzenia.
Nasza ulica, stara, z brukiem pochłoniętym przez czas i kasztanami po obu stronach, zawsze była brudna od liści, błota i pyłu. Sprzątało się ją niemal codziennie i to ja robiłam to zwykle z samego rana, przygotowując jednocześnie śniadanie. Tak było, póki któregoś dnia do domu obok nie wprowadziła się nowa sąsiadka, Pani Danuta. Tamten dom od zawsze był wynajmowany często zmieniali się tam ludzie.
Po kilku miesiącach od jej przeprowadzki mój mąż, Andrzej Kozłowski, zaczął nagle mówić:
Nie, Pola, dziś ja pozamiatam przed domem.
Z początku wzruszyłam ramionami nawet mi się spodobało, miałam chwilę, by wyczyścić łazienkę, posegregować pranie czy umyć naczynia. Nie zastanawiałam się nad tym długo.
Ale on zaczął to robić codziennie.
I zawsze o tej samej porze: dokładnie o siódmej rano. Nigdy wcześniej, nigdy później. Zaczęło mnie to zastanawiać Andrzej nigdy nie przejmował się punktualnością, chyba że chodziło o pracę. Któregoś ranka wypatrzyłam przez firankę, co się dzieje.
Zobaczyłam go z miotłą nie zamiatał, tylko rozmawiał i uśmiechał się do sąsiadki Danuty. Pomyślałam przypadek. Następnego dnia zobaczyłam ich znowu, rozmawiali w tym samym miejscu. I tak było każdego ranka, gdy tylko mój mąż wychodził zamiatać, ona również pojawiała się na podwórku, jakby się umówili.
Zaczęłam przyglądać się im uważniej. Nie kończyło się na poranku. Pewnej soboty powiedział mi, że wychodzi na piwo z kolegami z osiedla. Otworzył drzwi, a ja kątem oka zobaczyłam, jak Danuta wychodzi równo z nim. Zawołała:
O, dzień dobry, sąsiedzie! Miłego wieczoru!
On, jakby nigdy nic, odpowiedział jej grzecznie, a ona dodała jeszcze:
Patrz pan, jaki przypadek, ja też idę w tamtym kierunku.
Poszli razem.
Następnego weekendu wymyślił, że idzie pograć w piłkę co właściwie nigdy mu się nie zdarzało. Ledwie wyszedł z domu, minęły dwie minuty i zobaczyłam, jak Danuta także wychodzi, rozmawiając przez telefon i rusza dokładnie w tę samą stronę.
Nie miałam dowodów. Żadnych wiadomości, fotografii, nic konkretnego. Tylko schematy, godziny i ciągle te same zbiegów okoliczności, które już dawno przestały być przypadkowe.
Pewnego dnia nie wytrzymałam. Stanęłam naprzeciw niego i bez zbędnych pytań powiedziałam:
Wiem o was. Wiem, że jesteś z sąsiadką.
Spojrzał na mnie zdziwiony, na początku zaprzeczał, ale ja tylko powtórzyłam:
Widziałam was. Codziennie. Nie próbuj mnie okłamywać.
Zamilkł. W końcu spuścił wzrok i powiedział:
Tak, Danuta… Jestem z nią. Zakochałem się.
Wyprosiłam go z domu. Nie mieliśmy dzieci, nie było już niczego do ustalania. Najśmieszniejsze (czy raczej najsmutniejsze) było to, że zamieszkał wtedy dosłownie obok, u Danuty, płacąc jej czynsz w złotówkach, jak gdyby nic się nie zmieniło.
Nie trwało to jednak długo po niecałych dwóch miesiącach wyprowadzili się razem. Nikt nie wiedział dokładnie, co się stało; zostawili nasze wrocławskie osiedle nagle i już nigdy więcej o nich nie słyszałam. Sąsiedzi plotkowali, rodzina też, lecz ja już nie chciałam wiedzieć nic więcej. Rozdział został zamknięty.



