Od dziesięciu lat jestem żoną. Z mężem mieszkamy w dwupokojowym mieszkaniu na warszawskim Mokotowie. Spłacamy kredyt hipoteczny. Wciąż brakuje nam odwagi, by zdecydować się na dziecko najpierw chcemy stanąć finansowo na własnych nogach.
Mam brata, Marcina. On razem z żoną mieszka w kawalerce na Pradze. Marcin haruje na dwa etaty i dorabia jeszcze przy zleceniach. Jego żona, Grażyna, nie pracuje rodzi dzieci jedno po drugim, jakby to była jakaś wyścigowa taśma. Mają już trójkę, czwarte w drodze i planują piąte.
Oczywiście poza dziećmi dochodzi im masa kredytów a to na pralkę, a to na lodówkę, a to na telewizor. Często z mężem wspieramy ich, ile możemy raz pieniędzmi, raz jedzeniem. Bywa, że Grażyna ma tupet i nie prosi, tylko żąda.
W takich sytuacjach sprowadzamy ją na ziemię i odmawiamy. Wtedy ona i Marcin robią się obrażeni, ale po paru tygodniach wracają z nową prośbą.
Ponieważ wy z mężem nie macie dzieci, a my za niedługo będziemy mieć czwórkę, powinniście przekazać nam swoje mieszkanie powiedziała mi ostatnio Grażyna, zupełnie bez zawstydzenia.
A my gdzie mamy zamieszkać? W waszej kawalerce? spytałam, nie wierząc własnym uszom.
Nie, wy możecie je wynająć, a my tu się wprowadzimy jako właściciele odpowiedziała przekonana o własnej racji. I dodała: Kiedy się wyprowadzicie?
Wiesz co, powinnaś się zgłosić na terapię. Wynoś się z mojego domu powiedziałam szorstko.
To poronię przez ciebie, a wtedy będziesz winna rzuciła i wybiegła, trzaskając drzwiami.
I rzeczywiście, tego samego dnia, po cichu, Grażyna straciła ciążę w trzecim miesiącu.
O drugiej w nocy pod drzwiami pojawił się Marcin i zrobił mi awanturę. Mój mąż w jednej chwili go uspokoił, pytając co się stało. Wytłumaczyłam wszystko, co zaszło. Mąż wziął brata i dla ochłody wsadził mu głowę pod zimną wodę, po czym wyprosił go za drzwi. Od tamtej pory nie mam już brata.



